Pogański duch Europy - SĘDRUGA - ZADRUGA RODZIMEJ WIEDZY

Przejdź do treści

Menu główne:

Pogański duch Europy

Czestni Drugowie > Wojciech Rudny


Bezkompromisowa książka napisana z pozycji racjonalistycznych. Jest owocem piętnastoletniej pracy pisarskiej autora. Eseje w niej opublikowane ukazywały się także w prasie (od prawicowej do lewicowej, m.in. "Myśl Polska", "Najwyższy Czas!", "Dziś"). Część tekstów dotąd nigdzie nie ukazała się w druku. Rozdziały: Pogański duch Europy. Czy katolicyzm obumarł, czy zawsze był martwy? O tożsamości narodowej Polaka. Czy katolicyzm prowadzi do upadku? Ideał sięgnął... błota, czyli NIHILIZM I ABNEGACJA CHRZEŚCIJAŃSKA. Przedmurze - wczoraj i dziś. Altruizm nasz zmitologizowany – o tym jak wątły mnich chciał zostać greckim tytanem. Katolicyzm a nasz charakter narodowy. Katolickie korzenie liberum veto. Konfederacja Barska: warcholstwo w imię Maryi. O królu Stanisławie Auguście sine ira et studio. Polityka międzynarodowa doby Sejmu Wielkiego. Skutki rewolucji listopadowej dla sprawy polskiej. Bronię Wielopolskiego. Apologia nieudanych powstań. Wrzesień 1939 roku: zgubne skutki narodowej naiwności. Amisze neopoganizmu. Hermes, czyli o naturze osobistego Boga.


POGAŃSKI DUCH EUROPY

CZY KATOLICYZM PROWADZI DO UPADKU? I INNE ESEJE


Wojciech Jan Rudny



Wydanie I

ISBN 978–83–926147–0–8
© Copyright by Wojciech Jan Rudny
© Copyright by A.A.R.W. HERMES

Kraków - Kielce - Warszawa 2008


                Spójrz na okładkę książki. Co na niej widzisz?

Najlepszym dopełnieniem tego bizantyjskiego malowidła przedstawiającego chrześcijańskiego biskupa, który, wraz z innymi fanatykami chrześcijańskimi, niszczy posągi Bogów, jest wezwanie Firmikusa Maternusa: ”Zabierzecie z całym spokojem ich ozdoby. Posągi bogów niech przetopi ogień mennic. Dary wotywne obróćcie na własny użytek. ...Bóg rozkazuje, by nie oszczędzać ani syna, ani brata” (”O błędach religii pogańskich”, 337 r. n.e.), a także mój wiersz:


Głos rozsądku

Po co ci Bogowie?
Masz przecież michę pełną.
Zdrowie. Szczęście.
Żonę i dzieciaki –  też są najedzone.
Bronić przegranej sprawy?
To nie dla ciebie. O, co to, to nie!
Wystarczy już męczenników.
Weź więc łom i idź.
Popisz się przed biskupem.
Zwal jakiegoś „bożka” –
Najlepiej Apollina...
A biskup pomoże ci potem znaleźć
jakąś dobrą, urzędniczą posadkę.
Chwal biskupa i braterstwo jego owiec,
a nie będziesz musiał troszczyć się o jutro.
I nie zapomnij po drodze zatłuc jakiejś poganki z dzieckiem na rękach!


Pracę tę dedykuję Bogom Nieśmiertelnym i tym wszystkim, którzy sprzeciwiają się monoteistyczno - totalitarnemu fanatyzmowi wyznaniowemu, tzw. religii objawionych, panoszącemu się w Europie od dwóch tysiącleci.

Autor.



Spis treści

Pogański duch Europy
Czy katolicyzm obumarł, czy zawsze był martwy?
O tożsamości narodowej Polaka
Czy katolicyzm prowadzi do upadku?
Ideał sięgnął... błota, czyli nihilizm i abnegacja chrześcijańska
Przedmurze – wczoraj i dziś
Altruizm nasz zmitologizowany – o tym jak wątły mnich chciał zostać greckim Tytanem
Katolicyzm a nasz charakter narodowy
Katolickie korzenie liberum veto
Konfederacja Barska: warcholstwo w imię Maryi
O królu Stanisławie Auguście sine ira et studio
Polityka międzynarodowa doby Sejmu Wielkiego
Skutki rewolucji listopadowej dla sprawy polskiej
Bronię Wielopolskiego
Apologia nieudanych powstań
Wrzesień 1939 roku: zgubne skutki narodowej naiwności
Amisze neopoganizmu
Hermes, czyli o naturze osobistego Boga




POGAŃSKI DUCH EUROPY



Bogowie nie umierają. Umiera tylko wiara, wiara niewdzięcznego tłumu śmiertelników. Alkman


Często się mówi, że chrześcijaństwo jest prawdziwym duchem Europy, towarzyszącym Europie od jej zarania. Nic bardziej mylnego! Zanim bowiem pojawiły się semickie religie monoteistyczne w Europie, żyliśmy według rytmu tradycyjnych świąt religii naturalistycznych1. Każdy lud Europy miał swoich Bogów i herosów, którym oddawał cześć. Był to czas religii etnicznych. Nie znaczy to jednak, że np. Zeus był tylko Bogiem Hellenów! Bogowie o tych samych atrybutach, tylko pod innymi imionami, byli znani i czczeni w każdej społeczności przedchrześcijańskiej Europy3.

Były to czasy, jak zauważył Wolter, kiedy „wszystkie ludy, o których historia pozostawiła nam trochę skąpych wiadomości, uważały swoje odrębne religie za węzły łączące je w jedną całość. Był to związek rodzaju ludzkiego. Istniała pewna postać prawa gościnności zarówno między bogami, jak i między ludźmi”. Można powiedzieć, że świat był wtedy niebywale bogaty w Bogów; Europa była politeistyczna i religijnie tolerancyjna. I dopiero pojawienie się chrześcijaństwa, a potem islamu, całkowicie odmieniło duchowe oblicze Europy. Nastąpił okres religijnego totalizmu; odtąd miał być tylko jeden Bóg, jeden lud boży, a resztę – „niewiernych” – czekało nawrócenie lub całkowita eksterminacja. Szczególnie złowieszczo w dziejach największego w dziejach imperium europejskiego, tj. Imperium Romanum, zapisało się dwóch cesarzy, panujących niemal przez cały IV wiek po Chrystusie. Zwycięski katolicyzm przydał im tytuły „Wielkich”, był to Konstantyn (306–337) oraz „nieprzejednany wróg hellenizmu”, jak nazwał go J. Geffcken – Teodozjusz (379–395). Postawili oni sobie za cel uzyskać władzę despotyczną także nad sumieniem swoich poddanych, co niestety w dużej mierze im się udało.

1 / Przez monoteistów do dziś nazywane pogańskimi. Od łac. paganus – wieśniak, jako że najdłużej tradycyjne wierzenia zachowały się wśród ludności rolniczej.

2 / Jak słusznie zauważył Tadeusz Zieliński: „Zeus Homerowy był bogiem całej ludzkości i jednakowo życzliwie spoglądał i na Greka, i na jego wroga, jeśli ten zasługiwał na to. Biada mi, męża, którego miłuję, widzą me oczy, jak go w krąg murów ścigają, i serce me boleść przenika – mówi on o Hektorze, głównym wrogu Achajów pod Troją. Chciałbym, aby Czytelnik tej książki zapamiętał te dwa wiersze lepiej niż wszystko inne, aby one pierwsze zjawiły się w jego świadomości na dźwięk wyrazów „religia grecka” (w:) Tadeusz Zieliński, Religia starożytnej Grecji. Zarys ogólny. Religia hellenizmu, Wrocław 1991, s. 88.


3 / Np. egipskiego Thotha identyfikowano z greckim Hermesem, znanym także w Tracji; rzymskim Merkurym – jak zauważył Cezar: najbardziej czczonym spośród wszystkich Bogów w Galii (Teutates); wśród Germanów znanym pod imieniem: Wotana i Odyna; a u Słowian – Welesa.

4 / Wolter, Traktat o tolerancji napisany z powodu śmierci Jana Calasa, Warszawa 1988, s. 33.
5 / Oczywiście w odniesieniu do tych kultów, które nie dążyły do wyłączności i tym samym do dominacji i eksterminacji wszystkich innych wyznań; politeistyczny Rzym np. tolerował, a nawet szanował judaizm jako żydowską religię plemienną.

Postępujące katoliczenie




Przypomnijmy pokrótce, jak się odbywała katolicyzacja największego w owym czasie państwa europejskiego, tj. Imperium Romanum. W 341 roku cesarz Konstans zakazał wszelkich ofiar pogańskich i nakazał zamknięcie świątyń. Od 346 roku ustawa groziła śmiercią tym, którzy składali ofiary Bogom. Normy religijne chrześcijaństwa przenoszono na prawodawstwo: i tak w 342 Konstans zabronił homoseksualizmu; 381 r. usunięto ze stanowisk urzędowych wszystkich pogan i chrześcijan heretyków. W 382 r. na rozkaz cesarza Gracjana wyniesiono z sali posiedzeń senatu posąg Bogini Wiktorii. Wcześniej zakazano już obrzędów publicznych o charakterze pogańskim, nadal jednak tolerowane było składanie ofiar w domach prywatnych. Ale za rządów cesarza Teodozjusza pojawiło się szereg zarządzeń o charakterze antypogańskim, które postawiły pod nadzorem także domy prywatne. Edykty z 391. i 392 roku zakazały wszelkich form tradycyjnego kultu, nawet spalenie kadzidła lub wylanie płynu ku czci Larów, czy Geniusza, były zakazane.

Barbarzyńsko niszczono świątynie pogańskie i posągi Bogów6. Można powiedzieć, że za rządów tego właśnie cesarza – przez chrześcijan nazywanego Wielkim – nastąpiło podcięcie rodzimych korzeni duchowych aryjskiej Europy. Wszelkie bowiem przedchrześcijańskie instytucje, obyczaje i zwyczaje związane z pogaństwem były skazane na śmierć i zapomnienie (w 393 r. nie odbyły się już nawet kolejne igrzyska olimpijskie).


W końcu Teodozjusz II aczkolwiek nieco przedwcześnie w swoim dekrecie z 423 r. oświadczył: paganos qui supersunt, tamquam iam nullos essse credamus (pogan, którzy pozostali, uznajemy za już nie istniejących). Na Zachodzie do końca V wieku odmawiający przyjęcia wiary w Chrystusa deportowano na Korsykę i Sardynię (tutaj zachowały się do dnia dzisiejszego podziemne świątynie przedchrześcijańskich kultów). Na Wschodzie natomiast jeszcze w połowie VI wieku, w czasach panowania Justyniana I, nakazano siłą ochrzcić 70 tysięcy ludzi w samej Azji Mniejszej oraz zamknąć jedną z ostatnich ostoi ducha europejskiego – Akademię Ateńską (529).

Odtąd semickie wyobrażenia zaświatowego absolutu i życiowych wartości zastąpić miały niepodzielnie rodzime aryjsko–europejskie. Helleński kult ciała, zdrowia i tężyzny fizyczno–umysłowej miał być skazany na całkowite zapomnienie.

6 / Pomimo surowych represji Bogowie okazali się nieśmiertelni! Sprawdzają się spostrzeżenia ks. Michała Poradowskiego, który pisał w swoim „Palimpseście”, że pogaństwo wciąż żyje w głębokich pokładach naszej duszy – niczym palimpsest. Tekst, jaki zapisało na naszej duszy chrześcijaństwo, jest coraz mniej czytelny, natomiast spod niego wyłania się pierwotniejszy (zapisywany też przez wielokrotnie dłuższy okres czasu) tekst - pogański - ten odczytuje się bez trudu...

7 / Miało to miejsce na V Soborze Powszechnym w Chalcedonie, w 451 r., kiedy to wdzięczni ojcowie Kościoła za zasługi w przekształceniu Imperium Rzymskiego w państwo katolickie obdarzyli Teodozjusza tym właśnie przydomkiem.


Nieśmiertelni są tylko Bogowie



Bluźnierstwem dla przeciętnego judeochrześcijanina jest twierdzenie, że bez mitów greckich (omawianych jeszcze w szkołach, ale kto wie?), bez świata wartości reprezentowanych przez starożytnych Hellenów, bez ich wyobrażeń o świecie, ich sztuki, nauki i filozofii – tak naprawdę nie ma Europy. Pozostaje ona tylko pojęciem geograficznym. Poza tym te helleńskie „bajki”, jak zwykliśmy z pełnym brakiem szacunku nazywać mity, mają tak naprawdę głębszy sens. Są ludzkie, wręcz arcyludzkie – jakby rzekł Nietzsche – w swojej wymowie. Ukazują nam ludzi, takimi, jakimi są w rzeczywistości w swych pragnieniach i namiętnościach – od zarania dziejów. Mówią prawdę o życiu i śmierci jako biologicznym końcu ludzkiej egzystencji. Nieśmiertelni są tylko Bogowie – nasze doczesne archetypy. Ludziom przypadł los śmiertelników, którzy jednak przez swoje bohaterskie czyny mogą unieśmiertelnić swoje imiona na tym świecie. Mogą stać się podobni do swoich prarodziców – Nieśmiertelnych Bogów. Takimi byli Argonauci, m.in. Jazon, Tezeusz, Herakles i Peleus – ojciec nieśmiertelnego Achillesa, który w królestwie Hadesa przyznał szczerze Odyseuszowi, iż wolałby być raczej parobkiem ubogiego chłopa niźli królem w krainie cieni. Cóż bowiem po życiu? Nie ma lepszej egzystencji, jeśli jest w ogóle. A najstarsze grobowce Achajów, pozbawione jakichkolwiek darów dla zmarłych „w podróż na tamten świat”, ponadczasowa helleńska twórczość poetycka, wskazują, że starożytni Grecy byli bardziej racjonalni niż chrześcijanie i muzułmanie XXI wieku. Starożytni Hellenowie odrzucali ułudę lepszego życia po śmierci, jeśli w ogóle w nie wierzyli. Nie kto inny, tylko wuj Platona – ateista Krytiasz – rzekł jakże prostą i ludzką w swej wymowie myśl: Kto się urodził, musi też umrzeć i nikt nie może uniknąć tego nieszczęścia. To dowodny znak tego, że dla starożytnych Hellenów śmierć była końcem – nieszczęściem, a nie początkiem nowego życia. Dlatego też pragnienie nieśmiertelnej sławy na tym świecie i Achillesowy ideał prowadził przez całe życie „syna Dzeusowego”, który nigdy nie rozstawał się ze zwojami Iliady, Aleksandra Macedońskiego – nie na tamten świat, ale na krańce ówczesnego i znanego Hellenom świata.

Trzeba przyznać, że racjonalizm i sceptycyzm, będący także wynalazkiem Hellenów, i stąd dość powszechny upadek wiary w Bogów, niewątpliwie ułatwił zwycięstwo obcej duchowi europejskiemu zabobonnej koncepcji religijnej rodem z Palestyny, która życie wieczne po śmierci przedkłada nad krótkotrwałe życie doczesne. Ludzie bowiem raczej wolą łudzić się, zdecydowanie wybiorą zabobon, niż przyjmą za pewnik, że po śmierci nie ma wiecznego życia w zaświatach. Taka obietnica, nosząca zresztą miano bezwzględnie prawdziwej, jest też bezcenna i najbardziej pożądana przez wszystkie organizacje religijne i kościoły po wsze czasy. Ludzie bowiem ze swej natury chcą, jak Bogowie, żyć wiecznie. Dlatego na Wschodzie uboga większość wybrała Jezusa Chrystusa, który rzucał gromy na bogaczy, niósł pocieszenie takim jak oni, mówiąc, iż jest Prawdą, Drogą, Życiem dla „ubogich duchem” i ciałem. Bardziej przywiązany do politeistycznej tradycji Europy Zachód musiał poddać się dyktatowi arcykatolickiego cesarza Teodozjusza – po ostatecznej klęsce militarnej wyznawców przedchrześcijańskich kultów nad rzeką Frigidus we wrześniu 394 roku. Wszyscy odtąd mieli być heteroseksualnymi braćmi w Chrystusie Panu, tzn. być katolikami kochającymi się „po Bożemu”; a kto tego sobie nie życzył, tego czekała okrutna śmierć z ręki rzymskokatolickiego kata lub w najlepszym razie – wygnanie.


8 / Potem pojawił się obol dla przewoźnika Charona w krainie cieni, będący bardziej uświęconą tradycją niż prawdziwą wiarą w zaświatowe życie.


Dzisiejsza Europa



Dzisiejsza Europa jest polem walki dwóch semickich totalizmów: chrześcijańskiego i muzułmańskiego; oba rodem z pustynnego tropiku – nietolerancyjne i zionące nienawiścią wobec siebie i wszystkich innych – inaczej myślących. Pomiędzy Scyllą chrześcijaństwa i Charybdą islamu jesteśmy my, nieliczni, duchowi potomkowie aryjsko–politeistycznej Europy. Nazywają nas poganami, neopoganami, politeistami, masonami, oświeceniowcami, illuminatami, heretykami, racjonalistami, ateistami, liberałami, czcicielami mamony... I nawiasem mówiąc: chyba nie jest nas aż tak bardzo mało, żeby powtórnie ulec chrześcijańskiej despocji ”z Bożej łaski” czy muzułmańskiemu mieczowi nienawiści.


A kiedy mówimy o duchu Europy, nie dajmy się zwariować judeochrześcijanom. Pamiętajmy o ich „religii” rodem z pustynnego tropiku, która wciąż rości sobie pretensje do europejskości. O tym, że została ona sztucznie zaszczepiona w Rzymie, Mediolanie i Konstantynopolu, a następnie odgórnie – przemocą fizyczną utrwalona na całym europejskim kontynencie (podobny proces odbywał się w europejskich państwach po upadku Rzymu). Kultywujmy i chrońmy to, co jeszcze pozostało nam z naszego rodzimego, europejskiego dziedzictwa, to, czego tym monoteistycznym – chrześcijańskim i muzułmańskim barbarzyńcom nie udało się całkowicie spalić, zniszczyć i unicestwić.



CZY KATOLICYZM OBUMARŁ, CZY ZAWSZE BYŁ MARTWY?




Żyjemy w społeczeństwie deklarującym, że jest katolickie. Truizmem jest jednak stwierdzenie, że katolicyzm sprowadza się u nas tylko do zewnętrzno–publicznej obrzędowości – udziału w mszach niedzielnych i świątecznych, pielgrzymkach, chrzcinach, komuniach, weselach i pogrzebach. I tyle z całego katolicyzmu. Poza tym religia ta, przedstawiająca się jako niezwykle etyczna, nie ma większego, moralnego wpływu na życie codzienne katolików – na etykę społeczną na co dzień. Społeczeństwa katolickie wcale nie są bardziej moralne od zsekularyzowanych społeczeństw Zachodu. Czyżby ta religia była wewnętrznie obumarła? I być może stąd jej oddziaływanie etyczne jest takie znikome.


Według mnie od samego początku swego istnienia eksperyment chrześcijańsko – katolicki był wielką pomyłką, podobnie jak bolszewizm w Rosji. Władcy imperium rzymskiego, którzy popierali tę religię i faktycznie przyczynili się do jej zwycięstwa, obiektywnie rzecz biorąc, należą do grona najbardziej niegodziwych tyranów wszech czasów (wystarczy prześledzić żywoty ”wielkich” katolickich: Konstantyna, Teodozjusza oraz ich dzieci). Religia ta zamiast wznieść moralność publiczną na wyższy poziom w chylącym się ku upadkowi Rzymowi, przyspieszyła tylko jego śmierć, m.in. propagując wartości antyspołeczne, w tym celibat i życie w odosobnieniu jako chrześcijański ideał. Zaledwie dwa pokolenia rzymskich Europejczyków przeżyło pod jarzmem nowej religii, kiedy Zachód (najmniej przekonany do chrześcijańskiej nowinki religijnej ze Wschodu) runął pod naporem nielicznych hord barbarzyńców. Uprzednio jednak katolicyzm jako religia zaprowadzona przemocą wprowadził w świecie grecko–rzymskim niebywałą obłudę i hipokryzję jako normę postępowania społecznego. Żeby normalnie żyć trzeba było udawać, że się wierzy po katolicku w Chrystusa, Boga Trójjedynego, Maryję dziewicę i wszystkich świętych. Co jednak mógł sobie myśleć taki przeciętny mieszkaniec pierwszego na świecie imperium chrześcijańskiego, kiedy z dnia na dzień niedawno jeszcze politeistyczne państwo zakazało mu nagle odprawiania uświęconych tradycją publicznych i prywatnych rytuałów ku czci nieśmiertelnych Bogów? Kiedy religia zwana dotąd przez światłych obywateli Rzymu „żydowskim zabobonem”, nagle stała się wyznaniem cesarza, jego dworu oraz całego Imperium.

Biskup i filozofia


Kontrowersyjny biskup – za sprawą swej współpracy z wywiadem PRL – Stanisław Wielgus twierdzi, że „to chrześcijaństwo zjednoczyło wszystkich ludzi w jedną wspólnotę braci i sióstr będących dziećmi tego samego Ojca – Boga. Chrześcijaństwo rozwijało też naukę i ratowało przed zagładą skarby antycznej, pogańskiej kultury”. Kto jednak jako tako jest obeznany w historii starożytnej, wie doskonale, jak wyglądało to zjednoczenie; wie także, jak chrześcijanie ratowali przed zagładą skarby antycznej, pogańskiej kultury...

Nie inaczej było na ziemiach polskich – „pokojowa chrystianizacja” odbywała się według znanego wcześniej w chrześcijańskiej Europie scenariusza. Kościół miał już duże doświadczenie w burzeniu „bałwanów” i eksterminacji ich „szatańskich” wyznawców.

A może chrześcijaństwo zasymilowało to, co jest najcenniejsze z kultury starożytnej, jak twierdzą niektórzy? W pierwszej chwili przychodzi nam oczywiście na myśl św. św. Augustyn i Tomasz z Akwinu, którzy przecież nawiązywali do dorobku starożytnych filozofów: Platona i Arystotelesa. Jednak to jest wszystko, co z całego dorobku filozoficznego starożytności udało się Kościołowi zasymilować! Wielu innych znakomitych filozofów oraz myślicieli, także religijnych, nie udało się już skatoliczyć. Cóż dużo opowiadać, pierwsi chrześcijanie zupełnie nie tolerowali „pogańskiego kultu bożków”, roszcząc sobie pretensje do reprezentowania „JEDYNEJ PRAWDY i DROGI” – wyłączności w misji nawracania i „zbawienia człowieka”. Zupełnie obco brzmiały w ich uszach słowa Rzymianina Symmachusa – obrońcy tradycji politeistycznego Rzymu, który walcząc o religijny pluralizm w swojej ojczyźnie, twierdził, że ”jedna droga nie wystarczy do poznania tak wielkiego sekretu”, jakim jest Bóg, transcendencja, czy sens ludzkiej egzystencji. Chrześcijański fanatyzm i ignorancja nie mogły przyczynić się w jakimkolwiek stopniu do ocalenia dorobku kulturalnego „pogan”, ale musiały przynieść tylko jedno – zagładę całej grecko – rzymskiej cywilizacji. Była to całkowicie naturalna konsekwencja tego typu światopoglądu i systemu wartości – „nie z tego świata” – wrogiemu temu światu, „znajdującemu się pod władzą demonów i Szatana”, i naznaczonemu, jak wierzą chrześcijanie, „grzechem pierworodnym” prarodziców rodzaju ludzkiego.

Czym są wobec tego wartości chrześcijańskie dla tzw. pogan? To nie tylko głupstwo, jak mawiał św. Paweł. To całkowite odwrócenie świata wartości przedchrześcijańskich, antycznych, słowem – pogańskich. Nie łudźmy się, nie było i nie ma tu żadnych kompromisów! Aut, aut. Albo, albo. Innej możliwości nie ma. Albo humanizm, albo dehumanizacja. Albo kultura jako moc potęgująca doczesne życie w rozmaitych jego aspektach, albo ”kultura” ludzkiej niemocy, wyrzekającej się wartości doczesnych, jakoby naznaczonych piętnem Szatana.

Paganus semper victrix



By w pełni pojąć świat pojęć i wartości ojca duchowego nowego wyznania wiary (nie można zapominać o tym, że faktycznym twórcą chrześcijaństwa jako religii dla żydów i nie–żydów był nawrócony faryzeusz Szaweł z Tarsu) Żyda Jezusa, trzeba się najpierw wyzbyć swej europejskości, całego tego politeistycznego „pogaństwa” – stać się duchowym, monoteistycznym, a właściwie henoteistycznym (Jahwe był dla żydów bogiem plemiennym, konkurującym z innymi „obcymi” bogami) żydem. Mało tego trzeba spojrzeć na świat z dołu, z perspektywy nizin społecznych, samego dna ludzkiej egzystencji, gdzie jedyną „bronią” jest bierność i niesprzeciwianie się złu.

Jednocześnie spójrzmy na zwycięskich „uczniów” Jezusa, kiedy panują. Jakże się oni wtedy zmieniają! W czym wówczas przypominają chrystusowy ideał? W niczym. Wady pogańskie w ich chrześcijańskich żywotach się tylko potęgują. Niektórzy nazywają to naturą ludzką. Jednak tutaj zdecydowanie przeważa ciemna jej strona: dzieciobójstwa, bratobójstwa, masowe mordy własnych poddanych na niespotykaną dotąd skalę – znaczą kolejne lata ich panowania. Kościołowi jednak wcale to nie przeszkadza, by nazwać ich wielkimi lub świętymi. Jan Stachniuk nazwał to perwersyjnym instrumentalizmem chrześcijaństwa, które dla utwierdzenia swych antyhumanistycznych wartości, perwersyjnie, bo niezgodnie z duchem chrześcijańskim wykorzystuje ”instrumenty” i metody jak najbardziej z tego świata – słowem ”pogańskie”. Dlatego też katolik nigdy nie osiągnie swego chrześcijańskiego ideału na tym świecie – bez użycia miecza i z nadstawianiem drugiego policzka swoim wrogom; zawsze będzie musiał sięgać po niezawodny ”pogański” arsenał władzy, mocy i panowania z tego świata. Jeśli chce urzeczywistnić wartości tego świata, „pogaństwo” zawsze w nim zwycięży.


Chrystusowe nauki



Życie Jezusa jest mało porywającym i mało rozbudzającym heroiczną wyobraźnię przykładem dla kogoś, kto od dzieciństwa obcuje z herosami ”pogańskich” mitów. Dlatego np. mnie, wychowanemu na mitach Hellady i Rzymu, tak łatwo przychodzi zrozumienie idei i myśli kogoś takiego jak cesarz Julian, przez chrześcijan zwany Apostatą, a przez politeistów – Wielkim (w mojej opinii był to ostatni Europejczyk i ostatni najbardziej ludzki i moralny władca na rzymskim tronie. Później byli już tylko judeochrześcijanie – katolicy i ortodoksi. Europejskie ciała, ale duch nie stąd). Zastanówmy się przez chwilę, cóż bowiem i dla wielkiego Juliana mógł znaczyć najbardziej heroiczny i zuchwały zarazem wyczyn Jezusa, jakim była słynna – przy użyciu siły fizycznej – napaść na kupców w jerozolimskiej świątyni? Cóż to za bohaterstwo wobec nadludzkich i heroicznych czynów, jakich na co dzień dokonywali starożytni herosi Hellady i Rzymu, czy choćby już nie mityczny, ale w pełni historyczny: Aleksander Wielki czy Juliusz Cezar? Z drugiej strony i nam po dwóch tysiącach lat w uszach czasami pobrzmiewa chrystusowa nauka, której nawet sami katolicy nigdy nie wprowadzili w życie, bo też nigdy by nie zdobyli panowania w świecie grecko – rzymskim. Kto mieczem wojuje, od miecza zginie – powiada Chrystus. Poganin odpowie: mam więc nie chwytać za broń? Pozwolić wrogowi, by mnie pognębił, zdeptał, zabił mnie i moich najbliższych – bez słowa sprzeciwu oraz oporu? Mało tego, mam mu nadstawić drugi policzek. Oddać prześladowcy dosłownie wszystko – nawet ostatnią ”szatę”. Nie sprzeciwiać się złu... Mam też sprzedać wszystko i rozdać ubogim? Mam naśladować boże zwierzątka, ptaszki, które nie troszczą się o odzienie, pożywienie, o jutro? Takie oto wskazówki są synonimem chrześcijańskiego postępu etyczno – moralnego ludzkości. Jest to droga wiodąca do chrześcijańskiej świętości i bynajmniej wcale nie bezinteresowna. Bo któż z nas postępuje bezinteresownie na tym świecie? Nawet święci katoliccy tego nie robią! Świętym bowiem można się stać tylko w imię nadziei na lepsze życie po śmierci, jako nagrodę za doczesne wyrzeczenia i służbę bliźnim, która nas ostatecznie wyzwoli z całego tego doczesnego „pogaństwa”, nędzy i „barbarzyństwa”. To jest taka swoista, bo przeniesiona w życie po życiu gratyfikacja. W warunkach zagrożenia głodem, chorobami prowadzącymi do szybkiej śmierci, takie wskazówki wydają się być całkiem zrozumiałe. Bo cóż wówczas ryzykujemy? Ale w chwili, kiedy człowiek zaczyna zdobywać panowanie nad żywiołami przyrody, kiedy jego moc się potęguje, a on sam się cieszy znakomitym zdrowiem, świetnym samopoczuciem, i żyje w dobrobycie – wartości chrześcijańskiej świętości tracą na znaczeniu w życiu doczesnym i odchodzą do lamusa. Pozostaje jedynie obrzędowość jako uświęcona tradycja. Obserwujemy to zjawisko w katolickiej Polsce. W święta i niedziele zobaczymy tłumy w kościołach, często jednak motywem decydującym o uczestnictwie w nabożeństwach jest strach przed doczesnymi konsekwencjami – pozagrobowe już chyba dawno zeszły na plan dalszy. Żeby tylko nie spotkać się z nieprzyjemnym ostracyzmem sąsiadów; inwektywą: bezbożnik, dlatego dobrze jest udawać, że się jest wierzącym i praktykującym katolikiem. Chociaż nikt nie będzie nam wybijał zębów za niezachowanie postu, jak za czasów arcykatolickiego króla Bolesława – zwyczaj ten i tak już bez zewnętrznego przymusu jakoś tak wszedł wielu Polakom w krew siłą naśladowczego przyzwyczajenia niczym mycie zębów rano i wieczorem; za otwarte przyznawanie się do niewiary nikt nie będzie skazywał nas na śmierć, jak za Jana III Sobieskiego. Obłuda i hipokryzja jednak pozostały jako zasadniczy rys chrześcijaństwa. Dlatego w społeczeństwie na wskroś katolickim, jak nasze, zawsze lepiej uchodzić za letniego katolika niż uczciwego „bezbożnika” czy ideowego ateistę. Jeśli więc coś nadal żyje w katolicyzmie – to tylko obrzędowość, hipokryzja i obłuda; religia jako system etyczny obejmujący swoim zasięgiem ogół społeczeństwa, tak naprawdę nie istnieje – i pomimo fizycznego przymusu w przeszłości – nigdy wcześniej nie istniała.


O TOŻSAMOŚCI NARODOWEJ POLAKA




Zwolennik przedwojennej, neopogańskiej Zadrugi mówiłby i pisał o świadomości narodowej Polakatolika, bowiem to, co stanowi o polskości, co najmniej od czasów zwycięstwa kontrreformacji na ziemiach polskich, jest wyłącznie katolickie (i jakoś tutaj nawet obrońca polskiej mowy, protestant Mikołaj Rej, wcale to a wcale nie pasuje).

Zatem prawda o polskości jest przerażająca. Nic bowiem poza językiem polskim, należącym do rodziny języków indoeuropejsko – słowiańskich, nie pozostało z samorodnej kultury słowiańsko – polskiej, która, co prawda, była prymitywna, ale własna. I jak każda kultura w zetknięciu z innymi cywilizacjami i kulturami miała wszelkie dane na samodzielny rozwój. Warunki jednak obiektywne sprawiły, że się nie obyło bez konieczności amputacji tego wszystkiego z prapolskiej kultury, co nie dało się pogodzić z nową religią. W wyniku – dodajmy: umotywowanej wyłącznie politycznie – propagandy chrześcijaństwa na naszych ziemiach, nazywanej działalnością misjonarską, niemal wszystko, co było ”pogańskie”, ale i własne, zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Możemy dziś tylko z zazdrością spoglądać na tych odległych, azjatyckich wyspiarzy, Japończyków,  którzy pomimo szerzenia się na ich ziemiach, jakby nie było obcych, ale i uniwersalistycznych religii (buddyzmu i chrześcijaństwa), zapewnili życie swym rodzimym i odwiecznym kultom, które od najdawniejszych czasów przetrwały tam po dziś dzień. Japończycy chyba jakoś nie specjalnie przejmują się tym, że wyznawcy religii objawionych nazywają ich z pogardą czcicielami bożków – poganami. Tym bardziej że ich rodzimy politeistyczny kult szinto nie zatrzymał ich kultury w epoce kamienia łupanego. A oni sami potrafili przejąć z cywilizacji Zachodu to, co jest najlepsze, nie rezygnując przy tym z własnej tożsamości, i nie pozwalając na to, by jakakolwiek religia, nawet ich własna, rościła sobie pretensje do wyłącznego depozytu „prawdziwej wiary”. Czy i tak nie mogło być z nami? Z przykrością musimy stwierdzić, że nie. Dziś bowiem nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że kiedyś nasi praojcowie, by przetrwać, musieli zgodzić się na rezygnację z własnej, rodzimej tożsamości i kultury (to, że książę Mieszko poślubiając katoliczkę Dobrawę, musiał odprawić siedem swoich ”pogańskich” żon, nie jest w tym wszystkim największym dramatem państwowo–narodowym). Przetrwanie za cenę tożsamości – to była myśl przewodnia kierujących nawami wielu średniowiecznych państw przedchrześcijańskich w Europie, w tym państwa Polan.

Jak słusznie zauważył założyciel i przywódca wspomnianej we wstępie Zadrugi, Jan Stachniuk: „z postaw wegetacji wydedukowany system duchowy – chrześcijaństwo, niszczy cywilizację antyczną, nie pozwala jej przyjść do siebie, a na jej gruzach zakłada swoje niepodzielne władanie. W ramy tego systemu zostają wciągnięci Słowianie. Młodszość cywilizacyjna mści się na nich okrutnie. Ludy romańskie i germańskie, ogarnięte przez chrześcijaństwo o parę wieków wcześniej, w rękach kościoła służą jako narzędzia do zniszczenia rdzenia duchowego kultury Słowian.

Dzieją się tu rzeczy brzemienne w następstwa dziejowe. Chrześcijaństwo, ogarniając Germanów, jest w stosunku do nich jako barbarzyńskich zdobywców słabe i nieporadne. Na wiele rzeczy, acz niechętnie, musi się zgodzić. Wiele cech tych ludów, ich obyczajów, tradycji chrześcijaństwo musi respektować, zgodzić się na ich zachowanie, mimo iż z ideałami ewangelii nie są zgodne. Inaczej jest ze Słowianami. W stosunku do nich posiada się całą potęgę Cesarstwa, stworzoną przez Karola Wielkiego. Kompromisy są tu zbyteczne, gdyż w oparciu o siłę oręża całej zachodniej – od paru wieków już chrześcijańskiej – Europy można spróbować pełnej chrystianizacji. Tam gdzie Słowiaństwo ulega chrześcijaństwu, nic nie pozostaje z jego dorobku cywilizacyjnego, z jego samorodnej, oryginalnej kultury. Sławia jest przeznaczona na kolonię chrześcijaństwa w najczystszej postaci. To, co nie ginie od miecza wyznawców krzyża, nie spłonie na stosie, jest już czysto chrześcijańskie.

Tradycja ulega całkowitemu zerwaniu. Dzieje plemion lechickich rozpoczynają się od dnia chrztu, od r. 966. Ni mniej, ni więcej. Wszystko co istnieje przed tym jest obce. Nie zachowują się nawet nazwy dawnych bogów, obrządków, wierzeń. Na tym straszliwym, wyjałowionym pustkowiu, spychającym Lechitów na poziom bezwolnego bydlęcia, montuje się fałszywy obraz przeszłości, jako bogobojnych eunuchów z tęsknotą wyczekujących na proroków z Palestyny, via Rzym zdążających. Wmawiają w nas, iż tacy byliśmy zawsze. Że pobożne mazgajstwo, w które nas wtrącono chytrze w wyniku stuletnich wojen przegranych, było naszą cechą rasową, chlubę nam przynoszącą, bo importowanym ideałom bliską. W starciu zbrojnym z zachodnią, chrześcijańską Europą, przegraliśmy. Zostaliśmy zepchnięci na linię rozwoju, u podstaw którego leżą zasady wegetacji. Zasady te dokonały w rasowej duszy lechickiej spustoszeń dogłębnych. Skutki ich zaważyły w dziejach przełomowego wieku XVI” (Jan Stachniuk, Dzieje bez dziejów, Warszawa 1939, rozdział IV „Zagadnienie wielkości w dziejach”).

Religia oraz system wartości moralnych, czyli wartości chrześcijańskie, które stanowią dziś o tożsamości narodowej Polaka, nie są dziełem ani Polan, ani innych Słowian, ani nawet ludów romańsko–germańskich zachodniej Europy. Ale jest to system etyczny, którego ojcem duchowym jest żyd Jeszua z Nazaretu, czyli Jezus Nazareński, spolszczając. Dodajmy, że wskazania moralne Jezusa zostały przyjęte tylko przez garstkę żydów i właściwie nigdy nie przyjęły się w cywilizacji żydowskiej jako „niemożliwe do zastosowania”, jak mówi talmud (pomijamy kwestię tego, że dla prawowiernych żydów Jezus był bluźniercą, podając się za Syna Bożego i Boga zarazem). Za to „nauki Chrystusowe” udało się z powodzeniem wyeksportować na szersze wody – do tzw. pogan–politeistów. W końcu prawie po czterystu latach z najniższych warstw społecznych dotarły one aż do elity panującej w największym ówcześnie państwie europejskim, tj. Imperium Romanum. Ale to już nie była zasługa ani Jezusa, ani apostoła Piotra ex–rybaka przeciwnego zresztą nawracaniu nie–żydów, ale Szawła, który porzucił swój faryzeizm i został oddanym uczniem Pana, jak nazywają do dzisiaj „Chrystusa – Zbawiciela” jego wyznawcy. Za zasługi dla rozszerzenia chrześcijaństwa w świecie został nazwany św. Pawłem (to on powiedział, że „nie masz już ani Żyda, ani Greka, ale wszyscy są braćmi w Chrystusie”).

Od tego epokowego wydarzenia z IV wieku po Chrystusie – jakim była chrystianizacja Europy, mówi się o chrześcijaństwie jako duchu Europy. Zapomina się jednak o tym, że i na długo „przed Chrystusem” Europa miała swojego ducha. Pierwszy opis „igrzysk olimpijskich” odnajdujemy w Iliadzie Homera, która omawia dzieje wojny grecko–trojańskiej z ok. 1200 p.n.e. (wg szacunków współczesnych archeologów); wieczne miasto Rzym powstało w 753 roku p.n.e. Od brzemiennej w skutki chrystianizacji Europy tożsamość Europejczyka miał konstytuować wyłącznie katolicyzm (dopiero reformacja z XVI wieku, która była właściwie rejudaizacją chrześcijaństwa i powrotem do wartości moralnych przedchrystusowych, bo starotestamentowych, zmieniła to na dobre). Ale w naszym kraju – podobnie jak we Włoszech, Hiszpanii, Portugalii, częściowo Francji, Irlandii – pomimo reformacji – nadal katolicyzm konstytuuje naszą tożsamość narodową. Jak niewiele i dziś potrzeba, by z Polaka szybko przedzierzgnąć się w Hiszpana czy Włocha i vice versa! Wystarczy właściwie zmienić język, nasiąknąć nieco innymi obyczajami, i mamy w pełni udaną naturalizację. O wiele trudniej byłoby wykonać ten sam zabieg – co za paradoks! – z Polakiem–Słowianinem jakby nie było – oraz przedstawicielem innego słowiańskiego narodu na wschodzie czy południu (Rosjaninem lub Serbem). Tutaj mamy znaczące różnice w religii i cywilizacji (należymy do cywilizacji tzw. łacińskiej, podczas gdy Rosjanie i Serbowie – do bizantyńskiej), które decydują niemal o wszystkim, pomimo dużego podobieństwa języka. Obca religia, tyle że w różnych obrządkach, sprawiła, że dziś Polakowi cywilizacyjnie jest o wiele dalej do innych Słowian niż np. do Niemców (nb. nazwa od niemy, tj. taki z którym się nie można porozumieć) czy mieszkańców ”zielonej wyspy” na zachodnio-północnych krańcach Europy – Irlandczyków. O naszej tożsamości decyduje dziś nadal religia importowana z Judei via Rzym, którą, jakby nie było, nasi praprzodkowie przyjęli z konieczności (powtórzmy: wszystko co „pogańskie”, było w owym czasie w Europie tępione ogniem i żelazem). I tylko po to, by nie podzielić losu – jak to później pokazała historia – wyrżniętych i częściowo schrystianizowanych oraz zgermanizowanych plemion zachodniosłowiańskich. Symbolem tej Słowiańszczyzny jest po dziś dzień bohaterski i antychrześcijański książę obodrzycki Niklot, przeciwko któremu Zachodnia Europa przeciwstawiła nawet wyprawę krzyżową w 1147 roku. Niklot zginął w czasie bitwy pod Orłem (dziś Wurle k. Butzow w Meklemburgii) w 1160 roku, podczas najazdu Henryka Lwa na jego ziemie. Zajęte tereny stały się lennem niemieckiego księcia, które nadał synom poległego władcy Słowian: Przybysławowi i Warcisławowi. Od jego syna, Przybysława (Pribislav), wywodzi się dynastia książęca panująca w niemieckiej Meklemburgii do 1918 roku.


Niewątpliwie przyjęcie chrztu było kiedyś dziejową koniecznością, lecz dlaczego religia, która kiedyś odarła naszych przodków z ich tożsamości, wciąż wyznacza naszą tożsamość narodową? Uświadamiam sobie ten dramat, kiedy widzę zubożałych i całkiem zmarniałych potomków potężnych i prężnych, a co istotne samorodnych, niegdyś cywilizacji, których tożsamość narodową, tak jak naszą, konstytuuje dziś tylko i wyłącznie judeochrześcijaństwo w rzymskim obrządku i... Matka Boska różnych wsi i miast.

W umysłach krytycznie myślących, rodzą się też pewnie pytania, m.in.: czy obrona wartości religii przyjętej przez naszych przodków z politycznego przymusu, nadal ma być uznawana za dowód patriotycznej miłości do kraju i narodu oraz politycznej mądrości? Czy dla takiej różnicy, jak różnica dogmatów i obrządków importowanych religii, warto było popełniać w Europie i poza nią tyle zbrodni?

Dotąd nie doczekaliśmy się religijnego kultu wartości rodzimych: polskich i słowiańskich, a także niezależnych od tych obcych i importowanych. Dlatego polecam lekturę dzieł Jana Stachniuka, abstrahując od jego – moim zdaniem błędnych – koncepcji gospodarczych i ustrojowych, a pozostając tylko i wyłącznie w świecie najwyższych wartości życiowych, znajdziemy przykład naprawdę wzniosłej, heroicznej, kulturotwórczej, humanistycznej i, co ważne, rodzimej twórczości filozoficzno–religijnej.


PS. Przed napisaniem tego tekstu rozmawiałem z ponad osiemdziesięcioletnim mężczyzną – polskim patriotą i narodowcem, jak się sam przedstawia, który stwierdził, że nie jest wierzący, ale do kościoła chodzi. Dlaczego? Dlatego, że naród polski jest rozbijany przez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych, trzeba go jednoczyć wokół jakichś pozytywnych wartości. Ów pan wszędzie węszy antypolskie, przede wszystkim żydowskie spiski, zagrażające naszej polskiej tożsamości narodowej, lecz kiedy uświadomiłem mu, że chrześcijaństwo stworzyli żydzi, i że sam Jezus był Żydem, żachnął się tylko: – Co też Pan opowiada!

Niechaj za puentę naszych wywodów posłuży owa obrazoburcza trawestacja z Mickiewicza:


Tylko pod krzyżem
Tylko pod tym znakiem
Polska jest Polską
A Polak Polakiem.
Żyd jego Bogiem.
A matka – dziewicą.
Tylko pod krzyżem zdarzają się cuda!


CZY KATOLICYZM PROWADZI DO UPADKU?




”Ponieważ zewsząd nadciągało to, co miało zgubić miasto, nie tylko pozbawiono posągi ozdób, lecz także niektóre,wykonane ze złota i srebra, stopiono; wśród nich znajdował się posąg Męstwa, które Rzymianie nazywają Virtus. Gdy został on zniszczony, zaginęło męstwo i cnota, które Rzymianie posiadali. Co miało się zdarzyć od tego czasu, przepowiadali ci, którzy zajmowali się religią i tradycyjnymi obrzędami.” Zosimos, Nowa historia, Ks. V XLI, 7.


Adam Doboszyński, katolicki myśliciel i polski nacjonalista zarazem, zatytułował jeden ze swych artykułów: Czy katolicyzm prowadzi narody do upadku? (tekst ten ukazał się drukiem w Rzymie w wydawnictwie pod nazwą ”W imię Boże” 1 IX 1945 r.). Autor ten rzecz jasna pisał ów tekst ku pokrzepieniu serc katolickich – Polakatolików w pierwszym rzędzie. Życzył sobie, by katolicy uwierzyli, że wreszcie przyszłość, po wielowiekowej dominacji narodów protestanckich, należeć będzie do nich. Choć – jak sam pisał – niekoniecznie do katolików „białej rasy”, a raczej to pewne, przyznawał – „ras innych niż biała”. „Tak czy owak – konkluduje Doboszyński – w r. 2000 narody protestanckie na pewno przewodzić światu nie będą”.

Mamy już za sobą 2000 rok i wiemy to nawet lepiej, niż katolicy innych krajów, że Doboszyński grubo się omylił. To narody katolickie, w tym nasz, stanowiły w wieku XX rezerwuar taniej siły roboczej, jeśli była ona w ogóle komuś potrzebna, lub wlokły się w ogonie narodów, które już dawno zerwały swą łączność z katolickim Rzymem. W XXI wieku niewiele się pod tym względem zmieniło. Ten żałosny stan trwa właściwie do dziś dnia.

Załóżmy jednak, zdobywając się na całkowitą fikcję polityczną godną autora „Teorii Narodu” i „Ekonomii miłosierdzia” (pomimo, że 2000 r. już minął), że w tym 2000 roku większość populacji katolików stanowiliby przedstawiciele innej „rasy” niż „rasa biała” – na przykład Chińczycy. (Podkreślamy z całą mocą, że jest to czysta fikcja, bo jak wiadomo w najmniejszym nawet stopniu tym „pogańskim” i „komunistycznym” Chińczykom nie są potrzebne nauki „naszego papieża”, praktyki w rodzaju filipińskich katolików, krzyżujących się na pamiątkę „męki Pańskiej”, ani żadni nowi święci męczennicy, nawet o żółtej skórze i skośnych oczach). Jak powszechnie wiadomo Chiny konsekwentnie rozwijały się, m.in. gospodarczo, przez cały ubiegły rok, jak i lata poprzednie, bez katolicyzmu, a nawet wbrew katolicyzmowi (w Chinach Kościół tkwi ciągle w podziemiu!). Zakładając jednak, że Chińczycy stworzyliby w 2000 roku azjatyckie imperium (a z pewnością są bliscy jego utworzenia). Po czym by je schrystianizowali i na największej pagodzie w całym swym Państwie Środka, Zachodu i Wschodu zatknęli krzyż – byłby to z pewnością początek ich końca. Jak zresztą każdego narodu zdeprawowanego przez ten chytrze przemyślany system prania mózgów rodem z Palestyny via Rzym po całym bez mała świecie rozpanoszony.

Z katolickiego bowiem punktu widzenia cały ten wyścig technologiczny, jaki obecnie obserwujemy pomiędzy Chinami a Stanami Zjednoczonymi, i resztą Zachodu, oraz ta walka o gospodarczą i polityczną dominację w świecie (pewnie jak wierzy wielu katolików – „z podszeptu Szatana”) – jest tylko zwykłą „marnością nad marnościami”. Bo przecież cóż z tego, że cały świat Chińczycy by zawojowali, kiedy na duszach swych uszczerbku by doznali? ”Są przecież sprawy o niebo ważniejsze niż sprawna administracja, efektywna gospodarka, armia. Słowem – nowoczesne państwo i społeczeństwo”.


Tak twierdzą niemal wszyscy, zwykle nieudolni, naśladowcy ”Zbawiciela”. Nie ma bowiem dla nich nic ważniejszego, jak zbawienie indywidualnej duszy – z pomocą Kościoła hierarchicznego rzecz jasna – choćby na ustroniu od tej codziennej walki o byt, przetrwanie i zwycięstwo. Kiedy tak dekadencki, schyłkowy pogląd na życie staje się powszechny – to nie ma już komu pracować i walczyć. Zapełniają się tylko klasztory, a normalne dni pracy zamieniają się w ciągły korowód przebierańców – świąt kościelnych i istnych szopek. Miejsce dawnych defilad z czasów świetności Imperium zastępują procesje wokół kościołów i pielgrzymki do miejsc świętych. Miasta wobec braku rąk do pracy – choć bardzo skorych do modlitwy – porastają w końcu trawą, dzikimi krzewami i lasami. A schrystianizowanym dogłębnie mieszkańcom Imperium brakuje już nie tylko chleba (i manny z nieba jakoś nie widać), motywacji i wiary w sens codziennego wysiłku, ale nawet samej woli obrony tego, co jeszcze posiadają. Zupełnie jak w antycznym Rzymie owładniętym przez bardziej lub mniej udatnych naśladowców Chrystusa.


Schyłek i upadek Imperium przerabialiśmy już na przykładzie Rzymu. Przykład Rzymu powinien i dziś dawać do myślenia. Cóż, kiedy natchnieni piewcy „odwiecznych prawd” bezczelnie wmówili większości z nas, że śmierć tej wspaniałej cywilizacji zadał nie katolicyzm, ale „pogańska zgnilizna moralna”.

Niejaki ojciec Klimuszko (znany szerzej jako uzdrowiciel) pisał, iż „upadek Rzymu dziś jeszcze zastanawia historyków i socjologów. Przecież imperium rzymskie reprezentowało wówczas najwyższą potęgę militarną, państwową, administracyjną i terytorialną. Wola Rzymu była prawem dla całego ówczesnego świata. I ten kolos, stojący u szczytu swej potęgi, runął pod naporem dzikich, stepowych hord. Tak się stać musiało. Błyszczał on bowiem na zewnątrz złotem, wewnątrz zaś był dotknięty rozkładem fizycznym i duchowym (stąd wniosek, że katolicyzm, bo Rzym był wówczas k a t o l i c k i, prowadzi do fizycznego i duchowego zwyrodnienia – przyp. mój – WJR). Kiedy w roku 455 Wandalowie wkroczyli do stolicy imperium – pisze dalej o. Klimuszko – nie napotkali żadnego oporu, miasta nikt nie bronił. Mężczyźni obojętnie przypatrywali się barbarzyńcom, a kobiety z balkonów posyłały im uśmiechy. Miecze dzikich hord dobijały tylko ten nieuleczalnie chory moralnie naród”. A więc i ów katolicki uzdrowiciel, jakże by inaczej, przyczyny zła szukał tam, gdzie upatruje ją większość wykształconego na ”prawdach” Biblii ogółu, tj. w rozkładzie moralnym i obyczajowym Rzymian. Ale takie bajki łatwiej wmówić tym, którzy nie znają oczywistych faktów. A fakty są takie, że od 380 r., tj. nietolerancyjnego edyktu arcykatolickiego cesarza Teodozjusza i jego synów, wyciągającego spod prawa wyznawców przedchrześcijańskich religii, i heretyków, całe imperium rzymskie na Wschodzie i Zachodzie było już KATOLICKIE! Cesarz ów bowiem autorytarnie zadekretował, że jego poddanym wolno wyznawać tylko i wyłącznie ”jedynie słuszną” religię, tj. rzymski katolicyzm. Warto przy tym pamiętać i o tym, że „najbardziej głośnymi patriotami końca IV wielu byli (nie chrześcijanie, ale) zdecydowani poganie. Symmachus na przykład czcił Rzym jako miasto święte” (twierdzi wybitny historyk brytyjski Peter Brown). I kiedy tych zabrakło, nie było już komu bronić Rzymu przed naporem barbarzyńskich hord.

W roku ostatecznego upadku, tj. w 476, a więc bez mała 100 lat później od owego edyktu, Rzym był już na wskroś katolicki. Skatoliczony totalnie! Do dzisiaj przetrwała też – z tamtych mrocznych czasów walki z tradycyjnymi kultami – pogardliwa nazwa „poganie”. Ukuta przez chrześcijan dla określenia tych „bałwochwalców”, którzy najzwyczajniej czcili świat doczesny – często pod postacią licznych bóstw – z dala od upadających w duchowej zgniliźnie chrześcijańskich miast. Ale i tam dosięgła ich w końcu ta pączkująca niczym komórki rakowe choroba – źródło atrofii, słabości, i upadku wreszcie, każdej ziemskiej wielkości.


Schyłkowa historia Rzymu wskazuje więc dowodnie na to, że nowa religia, której symbolem stała się na wieki rzymska szubienica, nie miała w sobie siły moralnej zdolnej wydźwignąć podupadłe dzieło Augustów i Cezarów. Tak jak nie miałaby siły wydźwignąć marniejącego dzieła każdej innej nacji pod słońcem.

Przykład Rzymu niestety tylko dla nielicznych jest dowodem tego, że katolicyzm naprawdę prowadzi narody i państwa do całkowitego, ostatecznego wręcz upadku. Z losu Rzymu nie wyciągnął jednak właściwego wniosku ani Doboszyński, ani o. Klimuszko, ani jakikolwiek inny katolicki „myśliciel”. Zresztą próżno by oczekiwać tego od nich. Takie wnioski może wysnuć tylko ten, kto nie boi się szukać prawdy poza Kościołem i jego metafizycznymi spekulacjami. Niestety opinie wszystkich niemal katolickich „myślicieli” są przytakiwaniem temu, co głosi nawet ten najmniej wykształcony, najmarniejszy i najgłupszy w świecie kapłan.

Na zakończenie naszych rozważań zacytujemy jeszcze uwagę Doboszyńskiego, który stwierdził, że „Kościół na przestrzeni dwu tysięcy lat swego istnienia przechodził szereg faz szybkiego rozrostu, a następnie zahamowania (...). Głównymi okresami zahamowania Kościoła były „ciemne wieki” po upadku Cesarstwa Rzymskiego, epoka humanizmu kulminująca w Reformacji i wreszcie wiek osiemnasty i dziewiętnasty, po wypaleniu się płomienia Kontrreformacji”. Kiedy wczytamy się w te słowa, to przekonujemy się, że niemal cała historia Kościoła to czas hamowania rozwoju kultury i cywilizacji. Zaskakującym wydawać się może tylko to, że ich autor – choć wierny syn Kościoła – sam to wyraźnie potwierdził!

Zdaniem tegoż „głębokiego myśliciela katolickiego” przyszłość świata rozstrzygnie się w rozgrywce pomiędzy „wielkimi poganami – laickimi mędrcami i komunistycznymi bojownikami – a świętością wielkich katolików”.

Oby tylko po „rozgrywce” tej nie nastąpiły nowe „ciemne wieki”; jak miało to już miejsce po zwycięstwie „świętości wielkich katolików”: świętych Ambrożych, Augustynów, Hieronimów nad poganami (takimi jak wspomniany już Symmachus). A do tragikomedii zaliczmy tych „zwycięskich” świętych, którzy świętości szukali, bądź to chodząc uparcie na czworakach, jak św. Doroteusz, bądź to siedząc stale – bez przerwy nawet na fizjologiczne potrzeby – na słupie, jak św. Szymon Słupnik. Kliniczne to przypadki psychicznych odchyleń od normy, lecz dla Kościoła są to wzory „prawdziwej ewangelicznej cnoty”.

Dość już z tym! Choroba zdiagnozowana. Trzeba ją wreszcie zacząć leczyć. Zacznijmy od siebie! I nie zadawajmy wciąż z uporem maniaka tych głupawych pytań, na które historia sama już niejednokrotnie dała klarowną odpowiedź, w rodzaju: czy katolicyzm prowadzi narody do upadku?


Współczesny nam Chińczyk, Deng Xiaoping, stwierdził słusznie, że „jeżeli naród nie jest w stanie pozbyć się dogmatów, choć życie potwierdza ich szkodliwość – jego los będzie żałosny”. I takiego właśnie żałosnego losu doznajemy co najmniej od czasów reakcji katolickiej w Polsce. Reakcji, która utwierdziła w świadomości zbiorowej „jedynie słuszne”, tj. katolickie dogmaty. Osiągnęła ona w epoce saskiej swe apogeum. Po upadku Polski Ludowej jesteśmy świadkami recydywy tej schyłkowej w dziejach Polski szlacheckiej epoki. Tyle że w nowych szatkach... To bowiem, co widzimy na co dzień: ten bezrząd, partyjnictwo, dewocja i te wszystkie szopki – to saska recydywa par excellence. Kto jednak pojął całą grozę naszego położenia i nie boi się myśleć? Kto nie lęka się szukać p r a w d y poza Kościołem, wiedząc, że tylko ta p r a w d a może nas wyzwolić?


IDEAŁ SIĘGNĄŁ... BŁOTA, CZYLI NIHILIZM I ABNEGACJA CHRZEŚCIJAŃSKA




„Oni... korzyści doczesne uważają za coś dobrego, my natomiast za coś szkodliwego, kto bowiem jak ów bogacz korzysta tutaj z majątku, ten na tamtym świecie cierpi męki, natomiast Łazarz, który tu znosił nędzę, tam doznaje pociechy.” (Ambroży, De officiis ministrorum, I, 9, 29).


Obrońcy „odwiecznych prawd” i prawa tzw. naturalnego, czyli zdeklarowani i wierzący rzymscy katolicy, a więc członkowie jedynej na świecie instytucji, która ogłosiła, że dysponuje pełnym instrumentarium służącym „dziełu zbawienia” (tak oświadczyła swego czasu Kongregacja Nauki Wiary pod kierownictwem kardynała Józefa Ratzingera), mogą oburzyć się, kiedy nazwie się ich nihilistami i abnegatami. Nie są przyzwyczajeni do wysłuchiwania inwektyw. To raczej oni celują w obrzucaniu wyzwiskami osób o odmiennym światopoglądzie. Boją się dyskusji wokół wartości. Swoich – gotowi są bronić aż do upadłego – choćby po trupach. Często nie przyjmują rzeczowych argumentów, bo ich wiara nie jest wyrozumowana, lecz uczuciowa, irracjonalna. (Dlatego też twardo stojącym na ziemi filozofom zawsze wydawała się zabobonem i głupstwem.)

„Kościół żywy” traktuje jako niedopuszczalną każdą krytykę – „to zamach na najświętsze religijne wartości”. Często jednak odwołuje się do pierwotnych instynktów społecznych, posiłkuje się nimi, chrystianizując nawet nacjonalizm – przekonuje, że wartości chrześcijańskie są to także wartości „narodowe”.

Ci jednak, którzy nie zatracili wcale poczucia narodowego, ale zdołali się wyzwolić spod uroku „odwiecznych prawd” (nb. liczących zaledwie 2000 lat), nie mogą pogodzić się z tym, że w arsenale polskich wartości narodowych, znajdują się nadal antywartości – nihilizm i abnegacja. W obecnych czasach co prawda Kościół w swej propagandzie (nazywanej działalnością ewangelizacyjną, misyjną, chrystianizacyjną) uciszył wyraźnie pienia na chwałę „marności”. Trudno przecież propagować we współczesnym świecie antywartości (nazywamy je tak, gdyż przeczą one doczesności – wartościom życia doczesnego), kiedy ludzie tak dużą przecież rolę przypisują rzeczom tego świata. Każdy, kto by im przeczył, zostałby nie tylko wyśmiany, ale i zlekceważony. Niemniej nie zmienia to faktu, że w arsenale kościelnych antywartości nihilizm i abnegacja zajmują poczesne miejsce. Czekają tam na swój czas. Kościół wierzy, że i tak ludzie kiedyś gremialnie powrócą do wiary – będą przytakiwać – że wszystko to jest „marność nad marnościami”. Nieszczęścia, katastrofy, wojny, choroby – to okres rozkwitu dla takich instytucji jak Kościół katolicki. Chwila załamania, zwątpienia w sens codziennego wysiłku – to moment, który Kościół potrafi zawsze uchwycić. „Mistyczne ciało Chrystusa” tylko czeka... Wierzy, że kiedyś to nastąpi, że znowu nadejdą dla niego wspaniałe czasy: papieże rzymscy włożą odkurzoną tiarę – w ruch pójdą lektyki i orientalne wachlarze; a Trybunały św. Inkwizycji będą ferować wyroki...


Czytając ponoć najpopularniejszą wśród katolików – zaraz po Biblii – książeczkę, tj. „O naśladowaniu Chrystusa”, Tomasza a Kempisa (analizę przeprowadzam na podstawie wyd. VII, Kraków 1991) natknąć się możemy na wiele treści świadczących wymownie o nihilizmie katolicyzmu. Nihilizmie, który zastosowany w życiu codziennym miałby zapewnić nie tylko „spokój ducha”, ale i „życie wieczne”; przy współudziale rzecz jasna „niezbędnych instrumentów” Kościoła.

Wspomnianą książeczkę, która ma nauczyć, jak skutecznie naśladować Boga–Człowieka, czytają katolicy „wszech czasów” (prawdopodobnie powstała w XIV wieku). Znaleziono ją ponoć w kieszeni marynarki tragicznie zmarłego (w katastrofie lotniczej) Daga Hammarskjölda, sekretarza generalnego ONZ. Świadczy to nie tylko o wielkiej poczytności tej książeczki – także wśród wpływowych osobistości, ale i o nieprzemijającym uroku antywartości w niej zawartych. Nikt chyba z katolików nie powie, iż traktuje ją wybiórczo – bierze tylko to, co jemu pasuje. Albo się naśladuje Chrystusa, albo się udaje, że się go naśladuje – także jego nihilizm i abnegację. Łatwiej pewnie naśladować ideał tylko w jednym aspekcie, który nam najbardziej odpowiada (w piciu wina na przykład), ale czy to jest naśladownictwo par excellence? „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis jest lekturą przystępną – rzec by można prymitywną w swojej treści. Nie wymaga więc specjalnych interpretacji. To ważne, ponieważ przedstawiając ją taką, jaką ona jest, unika się zarzutu, że coś się „spłyca”, rozumie po swojemu (heretycko–sekciarsku) – nie tak, jak to miało być w rzeczywistości. Takie zarzuty spotyka się często, kiedy odczytuje się ewangelie. Okazuje się wówczas, że są to tylko alegorie i nie można ich brać dosłownie. W tym alegoryzowaniu łapiemy się w końcu na tym, że wszystko to jedna wielka alegoria – w dodatku „nie z tego świata”.

Nihilizm i abnegacja odgrywa w systemie światopoglądowym chrześcijaństwa bardzo poważną rolę. Ma za zadanie pomóc w osiągnięciu doskonałości. We wspomnianej książeczce czytamy wyraźnie, że łaska (Chrystusa) jest „drogocenna i nie idzie w parze z umiłowaniem rzeczy doczesnych i ziemskich”.


„Usunąć więc trzeba wszelkie zapory łaski...” (s. 269, III 53). Zaporami tymi są rzecz jasna wszystkie rzeczy z „tego świata”. Dlatego – czytamy dalej – „szukaj dla siebie ustroni, ukochaj samotność, nie pragnij czczych rozmów (...) miej za nic świat cały, a obcowanie z Bogiem przenoś nad wszystkie zewnętrzne zajęcia” (s. 270, III 53). Odrzuca się więc wszystko, co jest niepotrzebne do obcowania z Bogiem w samotności – izolacji od świata zewnętrznego. Bo, po co zajmować się światem i jego sprawami, skoro to w niczym nie przyczynia się do doskonałości? Idąc tym nihilistycznym tropem „pokarm, napój, odzienie i inne rzeczy potrzebne do utrzymania ciała bywają ciężarem dla ducha gorliwego” (s. 198, III 26). Nie można się usidlić przez „zbytnią pożądliwość”, bo „inaczej ciało wzięłoby górę nad duchem” (tamże, s. 199). Taki człowiek modli się: „niech mnie nie uwiedzie świat ze swą krótką chwałą; niechaj swoją chytrością nie podejdzie mnie podstępnie szatan” (tamże, s. 198). Świat, jak widać, jest domeną Szatana, diabła. To prawdziwy dramat, bo żyje się w kręgu jego władztwa – nie Boga. Doń należy wszystko: popędy, własne ciało, środowisko społeczne, materialne, pociąg do czegokolwiek ziemskiego. Dlatego też na tym „diabelskim padole”, którym niepodzielnie włada Szatan, wierni Chrystusowi mają się zachowywać „jako przychodnie i goście”. Powinni się oddalić od znajomych i drogich sobie osób – oderwać swe serca od „wszelkiej doczesnej pociechy” (s. 270, III, 53). Wyrzekając się osób dalekich i bliskich, należy przede wszystkim strzec się „samego siebie” (por. tamże, s. 270–271). Bo przecież „zły” ma ciągle do nas dostęp. Każdy, kto w to uwierzy, czuje w sobie przyczajonego „złego” – Szatana w postaci żądzy, która nie tylko ciągnie go ku płci przeciwnej, ale i innym powabom tego „diabelskiego świata” – władzy, pieniądzom, sławie... Dlatego – radzi a Kempis – „zacznij mężnie i przyłóż siekierę do korzenia; musisz wyrwać i zniszczyć nadmierną miłość własną i nieumiarkowane przywiązanie do każdego osobistego, ziemskiego dobra” (tamże, s. 271). Idealny nihilista i abnegat „stara się zupełnie sobie obumrzeć i całkowicie siebie się zaprzeć” (tamże). Musi być trupem dla świata i swych żądz. Trupem okaleczonym, wykastrowanym z nadmiernej miłości własnej i egoizmu. Musi się wyrzec siebie samego – przestać być sobą; nie mieć ziemskich upodobań. W przeciwnym wypadku – nie przyjmie „łaski Bożej”. Ideałem ewangelicznym jest więc ten, co się „otrzebił dla królestwa niebieskiego” (Mt. 19–12). Niewielu jednak zdobyło się na tak radykalny krok; wybrano półśrodki, m.in. obrzydzono sobie płeć przeciwną – przedstawiono jako „worek pełen ekskrementów” (św. Bernard z Clairvaux). Rajem na ziemi dla chrześcijańskiego nihilisty jest stan, kiedy „cierpienie staje się słodkim” (por. tamże, II, 12). A Kempis apeluje: „powstań przeciw sobie i nie dopuszczaj ażeby duma w tobie żyć miała; lecz uczyń się tak uległym i małym, ażeby wszyscy po tobie chodzić i jako błoto na rozdrożu deptać cię mogli. (...) Potrzeba koniecznie abyś się przejął prawdziwą wzgardą ku sobie samemu, jeśli chcesz przemóc krew i ciało swoje” (tamże, III, 13). Oto ideał świętości – pełne odwrócenie starożytnego ideału człowieka pięknego i dobrego. Oto – upiorna transformacja starożytnych herosów w św. św. Szymonów Słupników i Doroteuszy; co to się umartwiali bądź to bez przerwy (nawet na fizjologiczne potrzeby!) kontemplując na słupie, bądź to łażąc uparcie na czworakach...


Czy etyka takich ideałów, jak wskazane powyżej, nie odbija się ujemnymi skutkami w życiu jednostkowym i społecznym? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by być bezstronnym obserwatorem. Trudne to w narodzie, któremu Kościół katolicki wpaja swe najwyższe wartości jako wartości „narodowe” – „wieczne” i „absolutne”, a więc właściwe i niepodlegające krytyce. Jednak na tych antywartościach i nihilistycznym ideale oparta jest „nasza polska kultura”. Ogół, co tu dużo mówić, zwątpiwszy w jego wartość, nie ma żadnej moralności i etyki. I my jako naród koniec końców nie mamy normalnej etyki społecznej (choć w tym kierunku były robione pewne nieśmiałe próby na początku wieku XX). Ostatecznie bowiem miejsce świeckich etyków zajęli katoliccy duchowni, którzy twierdzą – bez żadnego sprzeciwu – że etyka chrześcijańskich ideałów jest także etyką poszczególnych państw i narodów (sic!).

Czyż wreszcie nie nadszedł najwyższy czas, by Kościół katolicki na nowo przemyślał swą chrześcijańską tradycję z perspektywy nowego rozumienia rzeczywistości (w tym kierunku zmierza np. Kościół anglikański)? Czy nie czas, by powrócić do etyki z tego świata – dalekiej od nihilizmu i abnegacji chrześcijaństwa – etyki ziemskiej i realistycznej? Dopóki bowiem nie zerwiemy z tą nieziemską głupotą, grozi nam nie tylko recydywa idei Polski jako przedmurza – rozmaitych chrześcijańskich mesjanizmów (Polska Chrystusem, Winkelriedem narodów); absurdalnych myśli o nawracaniu Europy na „prawdziwie chrześcijańską cywilizację”; ale i ciągła degrengolada – polski chaos, osobniactwo, anarchia (jakże widoczne są te przywary „polskie” na prawicy katolickiej)...


Cóż też bowiem innego może spotkać naród, który wierzy, że – jak błoto na rozdrożu – im bardziej się daje deptać innym, tym bardziej jest wartościowy?



Szymon Słupnik walczy z pokusami tego świata...




PRZEDMURZE – WCZORAJ I DZIŚ



Przedmurze to pierwszy od strony zewnętrznej mur obronny otaczający miasto lub zamek. Komuż z nas nie jest znany mit Polski jako przedmurza chrześcijaństwa – chrześcijańskiej Europy? Jest to nasz mit narodowy, będący zmitologizowaną wersją narodu i jego misji. Mit, który każe nam i dzisiaj, widzieć siebie jako „bezinteresownych” obrońców Europy od „wschodniej dziczy” – tych wszystkich: „Scytów”, Tatarów, Turków, a nawet Moskali i bolszewików. Jak słusznie zauważył Aleksander Świętochowski, po utracie niepodległości mit ów został rozbudowany, a „Polacy zaczęli się uciekać do mrzonek, upajać i usypiać swój rozum iluzją posłannictwa i zmartwychwstania dla odkupienia rodu ludzkiego”.

Przez wieki mit Polski jako antimurale christianitatis funkcjonował w postaci ściśle związanej z katolicyzmem. Trudno dzisiaj wskazać na moment jego narodzin, ale bez wątpienia istotną rolę odegrały w jego powstaniu najazdy tatarskie, a później „zagrożenie tureckie”. W walce ze „wschodnią dziczą” głowy swe położyli wybitni książęta, królowie i wodzowie – Henryk Pobożny, Władysław Warneńczyk, Stanisław Żółkiewski...

Mało kto jednak zastanawiał się nad tym, iż tak naprawdę Turcja nigdy nie zagrażała naszej egzystencji państwowej, a nasz kraj przez wieki swego bytu był terenem rabunkowej eksploatacji owej „wschodniej dziczy”. Na Polskę przeszło 200 razy zapuszczały się oddziały i watahy tatarskie, „hulając po Rzeczypospolitej, jak im się żywnie podobało” (O. Górka). Co więcej liczne wojny z Niemcami, Zakonem Krzyżackim, świadczyły, że Polska nie jest żadnym tam „przedmurzem chrześcijaństwa”, ale raczej oblężoną twierdzą, którą przede wszystkim wyznawcy Chrystusa i Maryi chcieli zawładnąć (nie czując się do tego powołani, nie będziemy tutaj oceniać szczerości ich wyznania; natomiast zdaniem obecnego Wielkiego Mistrza Zakonu pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny o. dra Arnolda Wielanda „nic Krzyżakom pod tym względem zarzucić nie można”. Według współczesnego nam następcy W. M. von Jungingena „nikt” też jakoby nie wątpi w „cywilizacyjną i kulturową rolę Zakonu na ziemiach północno–wschodniej Europy”).

Jak słusznie zauważył Jan S. Bystroń w swojej „Megalomanii narodowej” (wyd. 1935 r., s. 43): „Przekonanie, że Polska jest narodem wybranym, który ma dziejową misję obrony świata chrześcijańskiego, owego przedmurza, antimurale christianitatis, było wśród szlachty polskiej powszechne”. W wieku XVII sam papież Innocenty XI pisał o Polsce, że jest „silnym i sławnym rzeczypospolitej chrześcijańskiej przedmurzem”. Odgrywając tę lansowaną stale przez papiestwo rolę, mieliśmy rzecz jasna na uwadze nie siebie, lecz szerszą całość, tj. chrześcijaństwo zachodnie, a ściślej katolicyzm (nb. kurczący się na Zachodzie od XVI wieku). Stąd też brało się powszechne u nas przekonanie, że należała nam się rekompensata od narodów, które chroniliśmy – od Boga, bo występowaliśmy w obronie wiary i Kościoła. Tak rodziły się irracjonalne wyobrażenia, tworzące pozornie rzeczywisty świat. Świat, którym rządzić miała „dziejowa sprawiedliwość” i „bezinteresowność w działaniach politycznych”, a nie siła, zachłanność i interesowność właśnie. Myśmy byli zawsze sprawiedliwi – biliśmy się tylko wtedy, „kiedy nam obcy chciał w domu gospodarzyć” (J. Ch. Pasek). „Nie napastowaliśmy innych ludów” (Mickiewicz). To inni atakowali Rzeczpospolitą w dogodnym dla siebie czasie.

Poza tym ekspansja nasza całkowicie straciła swój rozmach zderzywszy się z powszechną wśród polskiej szlachty niechęcią do wypraw zagranicznych. Przywileje koszyckie z 1374 r. – ta czarna karta historii naszej monarchii i polskiej racji stanu – usankcjonowały zgubną dla przyszłości państwa praktykę monarszych odszkodowań (pięciu grzywien od oszczepu) dla szlachty – za... ekspansję, z której przecież nie tylko monarcha czerpać miał korzyści. A już karykaturą zupełną były, wymuszone na Kazimierzu Jagiellończyku, przywileje cerekwicko–nieszawskie z 1454 r. (sejmiki – każdy z osobna, a nie król – miały decydować o zwoływaniu pospolitego ruszenia). Zupełnie niepotrzebne, jak się wkrótce okazało, bo nawet nie pospolite ruszenie (skompromitowane do szczętu po pierwszej bitwie pod Chojnicami), a królewskie wojska zaciężne pod wodzą Piotra Dunina, rozstrzygnąć miały wojnę trzynastoletnią z Zakonem. Ale nie złamaliśmy do końca Krzyżaków i za Jagiełły, i za Kazimierza Jagiellończyka, i za ostatnich Jagiellonów; nie złamaliśmy Moskwy za Batorego... Do tego bowiem potrzeba było woli całego społeczeństwa politycznego. A tej brakowało. Połowiczność i zadowolenie wyłącznie z tego, co się tylko ledwie zdobyło, szlachcie wystarczać miało: „poprzestawać na małym”, „na własnej tylko zagrodzie” – oto ziemiański ideał szlachcica–domatora. Historia jednak uczy, że duch jednostek i narodów zdobywczych nie poprzestaje na małym, a tym bardziej na obronie tego tylko, co się posiada. Narody skoncentrowane wyłącznie na obronie swego stanu posiadania, wcześniej czy później tracą nawet to, co mają. Społeczeństwa pozbawione ducha ekspansji muszą chcąc nie chcąc ulec  ekspansywnym, skazane są bowiem na los przedmiotu dziejów, nie mogąc bowiem żadną miarą być owych dziejów podmiotem.
My tymczasem upajaliśmy się, jak winem, zwykłym fałszem, że jesteśmy bardziej moralni, a więc i lepsi, niż inne narody chrześcijańskie, bo nade wszystko nie sięgamy po to, co nie nasze. A tak naprawdę pacyfizm, kwietyzm i hedonizm, przy pustym skarbie królewskim, anarchii i ogólnym bezrządzie, znaczyły kolejne lata Rzeczypospolitej – katolickiej, saskiej, pijanej i bezsilnej. Rzeczypospolitej pospolitych warchołów, łotrów, zdrajców i szubrawców: Łaszczów, Stadnickich, Radziejowskich, Radziwiłłów...

Nie brakowało jednak – nie brakuje i dzisiaj – zagorzałych wielbicieli naszego „doskonałego ustroju”, który rzekomo „wyprzedzać miał całą epokę” (sic!). Za jego i naszego państwa zagładę winą „obarczyliśmy” tylko obcych – w sobie winy nie znajdując wcale. Co więcej za rozstrzygający czynnik procesu dziejowego „uznaliśmy” jednogłośnie, bez żadnego veta – zupełnie odwrotnie jak na sejmach i sejmikach – Bożą opatrzność (prowidencjalizm). „Żywiliśmy” przekonanie, że Bóg nie mógł skazać Polski na nic złego, skoro Polacy byli nieposzlakowanymi obrońcami czci Chrystusa i jego Matki – Maryi zawsze dziewicy. Misją polską było tylko trwać na wyznaczonych przez opatrzność pozycjach – w roli przedmurza. Mało tego „uwierzyliśmy” naiwnie, chyba raj wydumany myląc ze światem rzeczywistym, że kiedy my będziemy słabi i niegroźni sąsiadom, wtedy i oni nie zrobią nam żadnej krzywdy – nie wezmą też tego, co „nasze”, co się nam „sprawiedliwie od Boga należy”. Jakże się „myliliśmy”, pobożne życzenia mając za rzeczywistość... Nawet w czasach, kiedy Europa przestała być tak jednoznacznie chrześcijańską, a państwo nasze było tylko wspomnieniem, reanimowaliśmy mit przedmurza, podkreślając ciągłość funkcji wypełnianego zadania. Zmieniły się warunki zewnętrzne, ale naród nasz w dalszym ciągu wypełniał swą służebną wobec Europy Zachodniej misję. „Jak niegdyś byli przedmurzem Europy wobec barbarzyństwa wschodniego, tak po upadku stali się Polacy szermierzami powszechnej wolności. Ich krwią okupione zostały w znacznej części te prawa, które są dziś udziałem konstytucyjnie rządzonych i wyzwolonych narodów”, pisał Chołoniewski w 1917 roku. Warto przy tym zauważyć, że „gdyby nie polskie ruchy wolnościowe z lat 1788 – 1795, połączone armie rosyjsko–prusko–austriackie przekroczyłyby Ren najpóźniej w roku 1792, topiąc rewolucję we krwi, a Suworow niechybnie urządziłby rzeź Paryża zamiast rzezi Pragi” (Piotr Derdej). Tak też było w 1830 roku i 33 lata później, kiedy, wywołując styczniową rebelię przeciwko Rosji, pomogliśmy Prusom – wbrew własnemu interesowi! – stać się hegemonem zachodniej Europy. Brak bowiem „zdrowego egoizmu”, nb. którego przerost można było zaobserwować w życiu prywatnym polskich katolików, oraz szerszego spojrzenia – pomimo frazesu: „Za Wolność Waszą i Naszą!” – to stała cecha naszej porozbiorowej polityki. Warto przy tym zauważyć, że w imię tego rewolucyjnego hasła (gdzie wolność czyjaś była na pierwszym miejscu!) Polacy brali „udział we wszystkim – jak to zauważył katolicki historiozof Feliks Koneczny – ale to we wszystkim, co tylko miało związek z wolnością, bez względu na rezultaty; brak rezultatów nigdy ich nie zrażał. Politykami nie byli, nie wytworzyli niestety niczego ze swych ofiar i nieustannej gotowości do poświęceń. Byli typowymi doktrynerami idei i brali sprawy na gorąco wtedy jeszcze, kiedy cała Europa dawno już ostygła”. Co więcej, nie zadowalając się współudziałem w walkach o niepodległość obcych narodów, zapragnęli Polacy „mieszać się do ich wewnętrznych ruchów rewolucyjnych, w imię altruistycznej walki o wolność innych, jak gdybyśmy u siebie w domu nie potrzebowali wszystkich sił, aby ochronę własnej wolności należycie przygotować. Ten altruizm zmysłowy zrodził politykę liczenia na pomoc narodów Europy, ów system wzajemnej asekuracji, przy którym my robimy dla innych, a inni mieli robić dla nas” (Zygmunt Balicki). Wiemy, jak to się skończyło. Tym, że ani Francuz, ani Anglik nie myślał nawet ginąć za polski Gdańsk. Za to my wciąż łudziliśmy się, wypatrywaliśmy samolotów „naszych aliantów” na polskim, wrześniowym niebie 1939 roku.

Jakże późno i jakże niewielu zrozumiało, że nie zrywami, lecz pracą ustawiczną, nie w kałużach krwi, ale w pocie czoła myślącej głowy odbudować można Polskę. Tak jak Finowie i jak Czesi. Jak narody nowoczesne, zdroworozsądkowe a przy tym skromne – dalekie od megalomańskiej misji nawracania Europy na cywilizację „prawdziwie chrześcijańską”, od romantycznego winkelriedyzmu (Polska jako „Winkelried narodów”), i od mesjanizmu (Polska jako „Chrystus narodów”).

Jedno jest pewne, Europa Zachodnia nie oczekuje dziś od nas ani obrony katolicyzmu (nie interesuje jej też import „polskich wartości chrześcijańskich”), ani obrony wolności (nawet tej przez duże „W”). Jest to więc najlepszy moment, by wreszcie pomyśleć o sobie – o relacjach Polski nie tylko z Europą rzymsko–brukselską, ale i z sąsiadami ze Wschodu, a zwłaszcza z Rosją. Najwyższy czas, by w stosunkach z tym państwem potężniejąca z roku na rok zbiorowa histeria oddała pola poczuciu odpowiedzialności za obecne i przyszłe pokolenia naszego narodu. To ostatni dzwonek, by nie zaprzepaszczoną została ta nasza niepowtarzalna dziejowa szansa.



ALTRUIZM NASZ ZMITOLOGIZOWANY – O TYM JAK WĄTŁY MNICH CHCIAŁ ZOSTAĆ GRECKIM TYTANEM




Wielkim nieszczęściem naszym – rzec by można – narodowym, było to, że polityki uczyli nas ludzie, którzy powinni byli trzymać się od niej jak najdalej, tj. poeci romantyczni. Karmili nas szkodliwymi mitami i złudzeniami. Zamiast prawdziwej historii, będącej przecież nauczycielką życia, uczyli nas utopijnego, politycznego idealizmu, jakiego nigdy i nigdzie przedtem na świecie nie było. My więc mieliśmy być pierwszym narodem: Chrystusem, Winkelriedem, Prometeuszem, czyli przedmurzem, puklerzem, bojownikiem cudzych spraw, wreszcie ofiarą przemocy na ołtarzu ogólnoludzkiej sprawiedliwości. Pokłosie tego cierpiętnictwa i idealizmu politycznego zbieramy do dzisiaj. Klasycznym tego przykładem – odrodzenie się polskiego, romantycznego prometeizmu.

Krecia robota przeciwko Rosji (popieranie wszelkich separatyzmów na jej obszarze) w narodzie wychowywanym na poezji anielskiej Mickiewiczów, Słowackich, Krasińskich musiała znaleźć dla siebie ideologiczne – wzniosłe uzasadnienie. Już ponad 80 lat temu Bronisław Malinowski stwierdził, iż mity są statutami działania społecznego: pojawiają się, gdy trzeba coś, co jest i istnieje, wyjaśnić (np. jakiś obrzęd czy ceremonię, moralną regułę itp.). Romantyk nie może powiedzieć, że to w interesie Polski leży rozkładanie Rosji, bo przecież wedle niego Polacy nie kierują się „interesem” (politycznym). „Interes” – przekonywał Mickiewicz w swoich „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego” – to „bałwan”. Kiedy więc inni kłaniali się temu „bałwanowi Interesowi”, Polacy byli zawsze „wierni Bogu przodków swoich”; brzydzili się czymś takim jak „interes” i „egoizm”. Takie przekonanie – jak zauważył Józef Retinger w swojej pracy „Polacy w cywilizacjach świata” – wpajano młodym pokoleniom Polaków po odzyskaniu niepodległości. „Zaiste – pisze on – wedle historii, jakiej uczono nas przed wojną, tylko wówczas Polska zdziałała coś wielkiego, kiedy występowała nie jako organizm samodzielny w obronie własnych interesów, lecz kiedy była puklerzem dla innych. Więcej się szczycono obroną Wiednia, tego ośrodka intryg antypolskich, niż wyprawami moskiewskimi XVII wieku, genialnymi posunięciami Władysława IV czy Batorego, które koncentrowały się wyłącznie naokoło polityki polskiej, egoistycznej, ale zbawczej i dalekowzrocznej. Pewnie – dodaje Retinger – że dla cudzoziemca najbardziej zachwycającym jest ten moment dziejów, w którym Polska ochrania jego kraj, lecz czy to ma być kryterium dla nas...”.

Jeden z czołowych propagatorów prometeizmu w II RP, Tadeusz Hołówko, stwierdzał nie bez pewnej dozy racji, iż „naród polski nigdy nie miał pierwiastków egoistycznego myślenia politycznego; przeciwnie, w ciągu długich wieków cechą jego charakterystyczną była myśl wyrozumiała, z której wypływała tolerancja wobec innych narodów” (do zwycięstwa kontrreformacji na naszych ziemiach Polska przypominała inne „egoistyczne” państwa europejskie, np. jako pierwsi w chrześcijańskiej Europie zawarliśmy traktat pokoju i przyjaźni z... muzułmańską Turcją). Tak więc w tym samym okresie, kiedy młodym wbijano do głów na lekcjach religii i historii, że polski altruizm polityczny to nasza chluba narodowa – jak najbardziej godna kontynuacji, a myślenie o sobie to „pogaństwo”, „grzech” i „egoizm”; dyżurni specjaliści od obrony cudzych interesów, chcąc wyjaśnić swe szkodliwe dla polskiej racji stanu kondotierstwo na Wschodzie (zresztą więcej z niemocy – usiłowane, jak zrealizowane), nawiązywali tym razem już nie do Chrystusa i Winkelrieda, ale do innej boskiej postaci, tj. „krewnego” Zeusa, Prometeusza (syn Tytana Japetosa i Klymene)1. Mit ten, jak większość naszych mitów altruistycznych, nie miał szansy pełnej realizacji. Brakowało – nie cnót chrześcijańskich i altruizmu – tym można by nawet świat cały obdzielić, ale – rzeczy najzupełniej ziemskiej – mocy: politycznej, militarnej i gospodarczej. Prometeusz polski bowiem bardziej niż Tytana, Boga i Herosa starożytnej Hellady – spragnionego wielkiego, heroicznego czynu – przypominał przygarbionego mnicha z judzkiej, pustyni, rozpaczającego na widok naporu wrogiego mu świata – „pogaństwa” i „barbarzyństwa”...

Ów grecki Tytan zdolny był do czynów niezwykle szlachetnych, ale i do nadzwyczajnych forteli: z gliny ulepił pierwszego człowieka, dał mu ogień (skradł z rydwanu Heliosa); dokonał też pierwszego oszustwa – można by powiedzieć podatkowego – w interesie ludzi (ofiara z byka dla Zeusa, tj. kości przykryte tłuszczem). Odtąd Prometeusz z rozkazu Zeusa miał być zakuty w łańcuchy na najwyższym szczycie Kaukazu, gdzie po wsze czasy codziennie miał doń przylatywać orzeł i wyszarpywać mu odrastającą ciągle wątrobę. (Prometeusz uniknął jednak tego losu, odradzając swojemu prześladowcy poślubienie Tetydy, gdyż syn z ich związku miał zrzucić z tronu Zeusa – został uwolniony).


Może gdyby tak te Niemcy (hitlerowskie) zechciałyby być katolickie (Hitler wszak był katolikiem, podobnie Himmler, Goebbels) i ta Rosja (stalinowska) – chrześcijańską (wszak Stalin miał być popem), to pewnie i narodowo–katolicka Polska sanatorska mogłaby nadal spokojnie świętować i balować. Słowem – cieszyć się życiem. I tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem. Zupełnie jak za czasów saskich można by spokojnie: jeść, pić i popuszczać pasa. Ale życie to nie sielanka. Tym bardziej nie raj przez Jehowę obiecany. Życie to walka – jak mawiał efeski filozof. Jednym daje potęgę i moc panowania. Innym – tylko złudzenia w postaci mitów (o ujemnej zresztą kompensacji). Mity – jak już wiadomo – wyjaśniają coś, co jest lub co było. Niezaprzeczalnym faktem była słabość Polski i towarzysząca jej nienawiść do „barbarzyńskiej” Rosji (przy jednoczesnym szacunku, i towarzyszącej mu obawie, dla Niemców), wobec której byliśmy coraz bardziej bezsilni. Pomimo hasła „silni, zwarci, gotowi”, i pomimo tych wszystkich pięknych postmszalnych defilad wojskowych...

Jedyną pociechą dla współczesnego Polaka – katolika, z tamtych tragicznych, smutnych lat, jest ta prawda, że Kościół katolicki był wówczas silny i dynamiczny – tak jak za najlepszych czasów saskiego jezuityzmu. Miał rząd dusz spragnionych Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Ale zupełnie jak i przed I, II i III rozbiorem Rzeczypospolitej dynamizm i triumf katolicyzmu na nic się nie zdał Państwu, ani Narodowi. Polskie Imperium Katolickie pomiędzy „poganami” pozostało w głowach fantastów, marzycieli, i na kartkach papieru. Kościół nie ocalił nas od upadku, a nawet ten upadek przyspieszył. Jak zwykle wina tkwiła w nas samych, gdyż zbyt mało gorliwie naśladowaliśmy Chrystusa i jego świętych. Tymczasem Kościół dwoił się i troił, by wychować nowe zastępy ofiary całopalnej – męczenników nowych czasów. W rzeczywistości była to po prostu, znana już nam doskonale, saska recydywa par excellence. I mogła mieć też tylko jeden finał...

KATOLICYZM A NASZ CHARAKTER NARODOWY




O tym, że katolicyzm ma wpływ na życie społeczne, polityczne i duchowe poszczególnych jednostek i narodów, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. O tym, że ten wpływ nie zawsze musi być pozytywny – to już może budzić poważne wątpliwości. Zwłaszcza w społeczeństwie na wskroś katolickim – takim jak nasze.

Krytyka wartości absolutnych, wchodzących w skład ideologii grupy (narodu) przez członków tejże grupy, jest rzeczą niemal niemożliwą. Na taki obiektywizm mogą się zdobyć tylko nieliczne „wolne duchy”. Na szczęście takich krytyków w Polsce nie brakowało. Jednym z nich jest z pewnością Janusz Korwin–Mikke, który bezlitośnie obnaża „kobiece” – najwyższe wartości duchowe większości Polaków. W jednym ze swych felietonów napisał kiedyś: „Kościół polski modli się głównie do Kobiety – ale też i wartości, o które każe się modlić Polakowi, są wartościami kobiecymi: spokój, pokój, bezpieczeństwo, wolność od głodu...”. (Notabene nieprzypadkowo jeden z kandydatów – popieranych przez Kościół – na najwyższy urząd w państwie wystąpił z naczelnym hasłem – „bezpieczeństwo”). W języku politycznym prawicy nazywa się te wartości po prostu – lewicowymi. Polacy są narodem biernym (stąd i kobiecym). Taką opinię wyrażają często krytycy polskiego charakteru narodowego. Przy czym winowajcę tego stanu rzeczy upatrują najczęściej w... stosunkach społecznych, jakie panowały w dawnej Rzeczypospolitej. Nie zastanawiają się przy tym: czy owe stosunki społeczne nie były pochodną charakteru polskiego? Czy pewne cechy (nazywamy je tutaj umownie kobiecymi) charakterologiczne nie implikują takich, a nie innych rozwiązań – nie tylko w sferze moralno–etycznej – ale i społeczno–politycznej?

Jeżeli więc przyjmiemy, że ustrój społeczno–polityczny jest pochodną naszego charakteru, to gdzie należy szukać winowajcy? Tego czynnika, który ukonstytuował nasz charakter: w biologii (rasie), położeniu geograficznym, klimacie, czy systemie światopoglądowym – religii.


Zacznijmy od pierwszego czynnika – rasy. Gdyby przyjąć, iż czynnik rasowy ma wpływ na polski charakter narodowy, trzeba by uwierzyć, iż istnieje coś takiego jak „rasa polska” – odrębny rasowy typ polski. Już Dmowski w swych „Myślach nowoczesnego Polaka” zwrócił uwagę na to, że Prusacy to „potomkowie wspólnych nam przodków lub bliskich ich krewniaków”, a także „w ogromnej liczbie czystej krwi Polaków”. I ten sam „materiał” – tylko poddany innym wpływom – „innej szkole państwowej, dał tak silny, żywotny, tak czynny politycznie naród, że zdołał on zorganizować całe Niemcy”.


Musimy więc przyjąć, że bajdurzenie (zwłaszcza w Niemczech) o niższości rasowej Polaków nie wytrzymuje żadnej krytyki (w Polsce było w czasach hitlerowskich więcej nordyków niż w całych Niemczech!).

Kolejne czynniki: warunki geofizyczne (wraz z położeniem) i klimat. Też właściwie nie decydują. Są przecież narody, żyjące w takich samych warunkach geofizycznych i klimacie, a pomimo to ich charakter, przebieg ich historii jest całkowicie inny. Prusy Książęce na przykład miały jeszcze gorsze położenie geopolityczne aniżeli I Rzeczpospolita, a pomimo to potrafiły „wybić się na niepodległość” (jak to się u nas ładnie mówi). Innymi słowy: stworzyć mocarstwo. Finowie z kolei byli wtłoczeni pomiędzy ekspansywną niegdyś Szwecję i Rosję (ich sytuacja polityczna była bliźniaczo podobna do polskiej), a mimo to ich charakter jest zupełnie inny aniżeli polski i diametralnie inna historia (całkowity brak tradycji walki narodowowyzwoleńczej).


Często mówi się też o szlachcie polskiej, niemiłosiernie uciskającej chłopów, jako tej warstwie społecznej, która spowodowała upadek polityczny państwa polskiego; jako też o ustroju gospodarczym – pańszczyźnianym. Warto zwrócić uwagę na to, że nie mniejszy ucisk pańszczyźniany był w innych szlacheckich państwach, jak Prusy, Austria czy Rosja. Nie miało to jednak wpływu na upadek polityczny tych państw!

Żaden więc z tych wymienionych powyżej czynników nie mógł konstytuować naszego charakteru, choć niewątpliwie wyciskał na nim jakieś piętno. Warto więc zastanowić się nad tym, czy aby nasz charakter narodowy nie jest ukształtowany przez pewne czynniki duchowe.

O tym, że polski charakter narodowy, taki jaki on jest, jest równoznaczny z typem kulturalnym opartym o pewną zwartą konstrukcję światopoglądową, mówi się u nas bardzo ostrożnie. Przyczyny tego należy upatrywać w tym, że polska dusza zbiorowa, polski charakter narodowy, taki jaki on jest obecnie – od czasu pełnego zwycięstwa Kościoła katolickiego w Polsce w XVI w. – jest dziełem katolicyzmu. Nikt nie zaprzeczy, że katolicyzm stanowi istotę polskości; stanowi jej kwintesencję. Dlaczegóż więc nie miałby mieć decydującego wpływu na nasz charakter? Wszak Irlandczyk katolik mieszkający na drugim krańcu Europy charakterem swoim bardziej przypomina Polaka, aniżeli Niemiec zza Odry (w wielu wypadkach – jak już powiedziano – potomek zgermanizowanych Słowian czy „czystej krwi” Polaków). Czy ten niewątpliwy, jak dowiedziono, wpływ światopoglądu katolickiego na nasz charakter narodowy uznamy za pozytywny, zależy już od naszego wartościowania. Przyjmując, że jest ono katolickie, to i ocena – będzie pozytywna. Są przecież na tym świecie mężczyźni bierni – szczęśliwi, kiedy za nich decydują kobiety: babcie, matki, żony, córki... Coraz częściej się słyszy, że taki stan jest całkiem „normalny”. Ba, uznaje się go za „postęp cywilizacyjny” – kiedy to właśnie kobieta, a nie mężczyzna, jest górą. Gdyby przyjąć takie „nowoczesne” kryterium – okazałoby się, że nasz naród jest jednym z najbardziej postępowych społeczeństw pod słońcem. Co więcej ideał swój upatruje w sytuacji, kiedy sam jest prześladowany, deptany, opluwany i wieszany na krzyżu. O wiele łatwiej też pogodzi się z taką cierpiętniczą rolą, niżby sam miał to czynić innym! To nasz ten sławetny sentymentalizm, wrażliwość i litość („słodkie usposobienie”). Tylko czy to na dobre wychodzi nam wszystkim?


KATOLICKIE KORZENIE LIBERUM VETO




Od samego początku swego istnienia Kościół walczył z potęgą państwa w imieniu rozdziału tzw. władzy duchowej (kościelna) i świeckiej (państwowa), autonomii i „naturalnej wolności” jednostki. Dzięki sprytnemu manewrowi rozszczepienia władzy na wyższą – duchową (Kościół), i niższą – materialną, świecką (władza państwowa – cesarstwo), Kościół przejął pełną kontrolę nad podległym mu społeczeństwem, nie wyłączając nawet samego cesarza. Przedtem pełnia władzy skupiała się w jednym ręku; cesarz był jednocześnie najwyższym kapłanem – pontifex maximus.

W taki oto sposób doszło do uformowania podwalin pod panowanie instytucji, zorganizowanej na wzór państwa rzymskiego, kiedy to duchowieństwo przypisało sobie prawo buntu przeciwko „niemoralnej władzy świeckiej”, używając do tego celu potężnej broni kościelnej – ekskomuniki i klątwy. Swojej walce z państwem Kościół nadał wzniosłe, ideologiczne uzasadnienie i zabarwienie – obrona osoby ludzkiej, jej godności i wolności przed ingerencją władzy państwowej (omnipotencja państwa). Całe właściwie średniowiecze to okres zmagania się i walki Kościoła z państwem, kiedy to szala zwycięstwa przeważała bądź na jedną, bądź na drugą stronę (na naszych ziemiach pełne zwycięstwo Kościoła w walce z państwem obrazuje dramatyczny konflikt króla Bolesława Śmiałego–Szczodrego z biskupem Stanisławem i religijny kult zbuntowanego „biskupa zdrajcy”).
Wedle katolickiej doktryny, jednostka ludzka jest nie tylko podstawą rzeczywistości i jest bardziej pierwotna aniżeli społeczeństwo, ale ma zdecydowane pierwszeństwo przed społeczeństwem (sic!). Uważany za największego spośród katolickich filozofów, „doktor anielski”, św. Tomasz z Akwinu, podobnie jak wcześniej św. Augustyn, wyraźnie eksponował znaczenie osoby ludzkiej w życiu społecznym, które podlegało – w jego ujęciu – współdziałaniu wielu osób, zmierzających do osiągnięcia wspólnego i najwyższego dobra (wedle katolickiej doktryny – życia w przyszłym świecie i zbawienia wiecznego z pomocą jedynie skutecznego instrumentu, tj. Kościoła powszechnego, czyli katolickiego). Idea ta jest stale obecna w myśleniu i działaniu Kościoła, ale teoretyczną formułę uzyskała dopiero w XIX i XX wieku (tzw. katolicki personalizm społeczny). (Co ciekawe, obowiązuje tylko i wyłącznie poza Kościołem zinstytucjonalizowanym, w społeczeństwie świeckim. W Kościele zinstytucjonalizowanym mamy całkowicie przeciwieństwo tej zasady – bezwzględne posłuszeństwo wobec władzy zwierzchniej na czele z papieżem!)

Bardzo wyraźnie ideę personalistyczną wyraził papież Pius XI, mocno zaniepokojony niemieckim totalizmem państwowym. W encyklice „Mit brennender Sorge” pisał: „Człowiek jako osoba posiada prawa dane mu przez Boga, przeto muszą one być strzeżone przed wszystkimi atakami ze strony społeczeństwa, które by chciało im zaprzeczyć, zniszczyć je lub je zlekceważyć”. Cała polityczna działalność wewnątrzpaństwowa oraz międzynarodowa, jak mówi Jan Paweł II: „w ostatecznej analizie – jest <z człowieka>, <przez człowieka> i <dla człowieka>. Jeśli działalność ta odrywa się od tej fundamentalnej zależności i od tej fundamentalnej celowości, jeśli staje się poniekąd celem sama w sobie, traci także właściwą sobie rację bytu. Co więcej, może stać się nawet źródłem swoistej alienacji. Może stać się obca człowiekowi, może popaść w antynomię z samym człowiekiem”.



Idea kultu wolności i godności człowieka wyizolowanego ze społeczeństwa – w imię obrony przed tym właśnie społeczeństwem – jest ideą stricte katolicką. W Polsce przybrała ona swoistą postać w tzw. liberum veto Często przyjmuje się, że liberum veto weszło w życie w Reczypospolitej po raz pierwszy w 1652 r., kiedy to poseł trocki Władysław Siciński zaprotestował przeciwko prolongacie sejmu i wyszedł z sali obrad. Za sprawą jednego posła – sejm rozszedł się wówczas bez powzięcia prawomocnych uchwał. Jednak w pełnym tego słowa znaczeniu – po raz pierwszy dokonał liberum veta w 1669 r. w Krakowie poseł kijowski Adam Olizar. Ówcześni posłowie zrywając obrady nie używali jednak słów „liberum veto”, lecz „sisto activitatem” – „wstrzymuję czynność”. Jeden nawet poseł – jedna katolicka persona ludzka – miał moc unieważnienia lub zrywania całego sejmu! Nawet marszałek sejmu owych czasów Andrzej Maksymilian Fredro głosił dość osobliwy pogląd, że bez weta „większość złych obywateli zyskałaby przewagę nad mniejszością dobrych” (sic!).  (obrona praw i prerogatyw wolnego szlachcica przed zakusami większości „narodu szlacheckiego”). Dlaczego jednak do dziś nie próbujemy doszukać się duchowych korzeni tej prawdziwie zabobonnej wiary szlachty polskiej w konieczność istnienia owej, zgubnej przecież dla państwa i społeczeństwa polskiego, instytucji? Naszym zdaniem, jest to zadanie fundamentalne, gdyż pozwoliłoby wreszcie zdjąć czapkę–niewidkę z prawdziwego sprawcy tylu polskich nieszczęść.

Powiedzmy sobie jasno i bez ogródek: ślepa wiara w liberum veto narodziła się u nas tylko i wyłącznie pod wpływem wartości katolickich – jedynego systemu światopoglądowego, jaki wpływał na życie duchowe narodu polskiego (w owym czasie w prawach politycznych ograniczonego do jednej tylko warstwy – szlacheckiej) po ostatecznym upadku reformacji w Polsce. Słusznie zauważa Jan Stachniuk: „jak każdy system światopoglądowy, katolicyzm, a wraz z nim i to co nazywamy <polską kulturą>, jest wycelowany na jakiś wielki cel. Jest nim wyhodowanie <ideału człowieka>. (...) Coraz powszechniej określa się ten ideał <personalizmem>, jako że chodzi tu o idealny typ osobowości ludzkiej na ziemi, o personę, o duszę jednostki. Skoro zbawienie duszy jest celem jedynie ważnym, skoro <jednego potrzeba>, cały wysiłek doczesny winien być w tym kierunku skoncentrowany. Możemy więc mówić o <personalizmie> jako najistotniejszej właściwości współczesnego katolicyzmu. Ogarniając życie duchowe i materialne narodu od wewnątrz, będzie je spychał na tory personalizmu, na szlak kultury personalistycznej. Personalizm leży u fundamentów polskości. Wynika wprost z zasady indywidualizmu wegetacyjnego, będącego trzonem naszej ideologii grupy” („Dzieje bez dziejów”, Warszawa 1939, s. 84–85).


W tym samym duchu Jan St. Bystroń przyznaje, że „znamienną cechą pobożności polskiej jest jej personalność. (...) Brak tu wielkich koncepcji abstrakcyjnych, nie ma tu dociekań filozoficznych nad istotą bóstwa”. To, jak i inne „katolickie cechy narodowe” Polaków, nie uległo zmianie od czasów zwycięskiego pochodu kontrreformacji na naszych ziemiach – od Hozjusza i Skargi. A i uśmiech przywodzi dziś na usta uwaga Sebastiana Klonowica, który stwierdził ponad czterysta lat temu, że „Polak z przyrodzenia ma ustawiczną chciwość do pielgrzymowania”, bo czy był na przykład kiedykolwiek wcześniej tak rozmiłowany w pielgrzymowaniu biskup na stolcu Piotrowym, jak Karol Wojtyła? Jakże i w tym kontekście widoczna jest ta polska „jednostajność usposobień”, na którą zwrócił uwagę historyk, ks. Walerian Kalinka. Polak–katolik wciąż ten sam, od setek lat niezmienny!

Wracając do personalizmu, spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, co jest jego celem nadrzędnym? Niewątpliwie jest to ideologia wolności jednostki, wolności jednak swoiście, bo po katolicku, pojmowanej. Jest to wolność dwojako rozumiana: jako wewnętrzna – od grzechu i pokus tego świata, oraz zewnętrzna – od „pogaństwa” i „barbarzyństwa” z jednej, czy „ateizmu”, „libertynizmu” lub innego „bezbożnictwa” z drugiej strony. Pierwszy rodzaj wolności osiągnąć możemy wciąż powtarzając, że wszystko to vanitas vanitatem et omnia vanitas („marność nad marnościami i wszystko marność”) i memento mori („pamiętaj, że umrzesz”). Drugi – odgradzając się grubym murem, godnym prawdziwego „przedchmurza chrześcijaństwa”, od obcych, niekatolickich wpływów. Sarmacką megalomanię oraz ekskluzywizm katolicki (podobny temu duch unosi się i dziś na falach Radia Maryja: – tylko my jedyni prawdziwi Polacy, jedyne polskie media), pojmiemy dopiero wówczas, kiedy zrozumiemy, czym były tak naprawdę podszyte.


Nikt inny, jak cytowany już autor „Dziejów bez dziejów”, tak dogłębnie nie wyjaśnił na naszym, polskim gruncie istoty personalizmu. „Gdy w jakimś środowisku trudno jest coś zorganizować – twierdzi Stachniuk – gdy każda praca zbiorowa, akcja społeczna, napotyka na wysoki współczynnik oporów, gdy łatwo jest o rozproszenie sił i chaos, znak to nieomylny, że normy personalizmu są mocno ufundowane w pragnieniach masy społecznej. Inaczej mówiąc: bezwład, zastój, marazm, chaotyczność poczynań, tzw. <brak organizacji> – nie są jakimiś przypadkowymi <wadami> lub <błędami>, lecz wyrazem stopnia spełnienia się założeń personalizmu. Im bliższy jest ideał, wyższy stopień realizacji jego zasad, tym większy zastój, niezdolność do zespołowej pracy lub akcji, tym większy kwietyzm” (Jan Stachniuk, „Wspakultura”, Warszawa 1948, s. 37) „Według kryteriów personalizmu, kultura jest bogactwem środków, które dają się używać do spełnienia jego naczelnych ideałów. <Kulturą> więc jest to wszystko, co służy jako narzędzie realizacji personalizmu w opornej rzeczywistości. W dorobku duchowym <prawdziwą> kulturą są te zakresy, których treścią jest obrona człowieka przed <przerostami> i wybujałościami wynaturzeń cywilizacji. To co w sztuce wyraża idylliczność, spokój, beznamiętność, umiarkowanie, zastój, to jest <kulturalne>” (tamże).. Zdaniem Stachniuka, personalizm unicestwia kulturę, afirmując w jej wytworach tylko to, co może być użyte jako środek do jego utrwalenia.

Szukając dziś rzeczywistych przyczyn degradacji i upadku narodu polskiego, nie powinniśmy ani na chwilę unikać dyskusji – także drażliwych i obrazoburczych – na tematy światopoglądowe. Nie powinniśmy zapominać, jakie wartości legły u podstaw „jednostajnego” światopoglądu i charakteru
przeciętnego Polaka–katolika. Wielki wielbiciel katolickiego personalizmu, znany zwłaszcza w kręgach narodowo–katolickich, profesor Feliks Koneczny pisał w artykule „Rodowód monizmu prawniczego”: „etyka cywilizacji łacińskiej, tj. etyka katolicka nie leży bynajmniej na linii równoległej z omnipotencją państwa. (...) Etyka naszej cywilizacji zmierza i zmierzać musi ku samorządowi, ażeby państwo było oparte na społeczeństwie. (...) Wszelki krok, który odsuwał państwo od omnipotencji, będzie zarazem krokiem postępu dla etyki, oświaty i dobrobytu” (F. Koneczny, „O cywilizację łacińską”, Gliwice 1999, s. 61).

Dzieje upadku naszego państwa – Rzeczypospolitej szlacheckiej (samorządnego państwa opartego wyłącznie na „narodzie szlacheckim”) – nie są niestety najlepszym przykładem dla tej doktrynerskiej teorii. Bo kiedy sąsiadujące z nami oświecone monarchie na wschodzie, zachodzie czy południu skutecznie rozświetlały mroki średniowiecza, troszcząc się o oświatę i dobrobyt swych państw i społeczeństw, u nas, w zdegradowanej i biednej Polsce, ciemna, fanatyczna i zapijaczona szlachta katolicka leczyła kaca i schorowane z obżarstwa żołądki w oparach kościelnych kadzideł; gardłowała na sejmikach najgłośniej w trosce o swe własne przywileje; bezgranicznie lekceważyła „malowanego króla”; zrywała przeciągające się sejmy, hołdując niezmiennie tej „prawdzie”, którą wpoiła jej skutecznie „matka najdroższa, św. Kościół katolicki” – o nadrzędnej wartości osoby ludzkiej ponad państwo i społeczeństwo do boskiej godności wyniesionej, bo na obraz i podobieństwo Boga samego, w „Trójcy jedynej prawdziwego” stworzonej.

Tylko w tym kontekście możemy dociec przyczyn „polskiej anarchii” i zrozumieć, skąd się wzięła owa zadziwiająca dezynwoltura, z jaką szlachta polska przefrymarczyła doczesną ojczyznę, zgadzając się z księdzem Skargą przynajmniej w jednym, że „pierwej wiecznej ojczyzny nabywać niż doczesnej (...) jeśli zginie doczesna, przy wiecznej się ostoim”. – Nic przecież strasznego się nie stało – zdaje się pocieszać po ostatnim rozbiorze Rzeczypospolitej cny Sarmata. – Cóż, że państwa już nie ma. Jest przecież Kościół święty i „prawdziwa wiara” (katolicka) w narodzie. Pojawia się też opatrznościowa wprost okazja do ewangelizacji i nawrócenia na „prawdziwą wiarę” (katolicyzm) bezbożnych Prusaków i Moskali! Tak pewnie i Bóg chciał, niech się więc dzieje wola Boża!


Od czasów św. Augustyna, przypatrującego się obojętnie upadkowi (ziemskiego) państwa rzymskiego, patriotyzm katolików na całym świecie wciąż rozbrzmiewa w tych samych tonach – wciąż ta sama śpiewka, kompensująca doczesne straty i upadki, o marności tego świata i ziemskiej ojczyzny.


KONFEDERACJA BARSKA: WARCHOLSTWO W IMIĘ MARYI




Romantyzm nasz poetycki dzieje Polski wieku upadku oraz wzlotów „anielskich dusz szlachetnych i cnych Sarmatów” przedstawił jako zmaganie się dwóch skrajnie przeciwstawnych sobie światów – nurtów: zgnilizny moralnej i zdradzieckich knowań przeciwko Rzeczypospolitej (reprezentowany przez ex–kochanka „Semiramidy Północy” króla Stanisława Augusta i Targowicę) oraz nurtu niezłomnej cnoty, wierności i miłości Ojczyzny (konfederaci barscy, Kościuszko). Tyle poezja – co tu dużo mówić – błędna w swych ocenach. Albowiem owi niepodległościowcy (że użyjemy tego określenia, ukutego dopiero wiek później) – ci wszyscy wrogowie króla (Ciołka) i zwolennicy Sasów; obrońcy „źrenicy wolności” – liberum veto – i pospolitego ruszenia (zacięci wrogowie armii zaciężnej – grożącej zaprowadzeniem absolutum dominium); zagorzali przeciwnicy i innych reform na pohybel zacietrzewienia partyjnego i anarchii – nie mogli być ex definitione – tak nazywani. Nazwać by ich trzeba raczej utrwalaczami błędu, słabości i przedmiotowości Rzeczypospolitej. Pomimo patriotycznych frazesów (i stroju narodowego) nie było tu zdrowej myśli – poza odruchami spłoszonej błogości przez gwałty moskiewskie – contra iura gentium et iura regni (przeciw prawom międzynarodowym i prawom królestwa).

Złotowolnościowcy nienawidzili przede wszystkim „ekonomskiego wnuka”, wybranego królem dzięki swej byłej petersburskiej kochance. Nienawidzili go bardziej nawet niż samych Moskali. Przecież na ich to, tj. Repnina najmniejszego paluszka kiwnięcie stawili się ochoczo na konfederacji radomskiej (1767) – zawiązanej pod opieką trzydziestotysięcznego wojska rosyjskiego – z nadzieją, że przepędzony wreszcie będzie „Ciołek” – parweniusz z polskiego tronu. Konfederowali się ochotnie, nie znając granic w warcholstwie. Władza, rząd? Dla nich był niczym; posłuszeństwo – obcym zgoła słowem. Nie króla „Piasta” się słuchali, lecz najbardziej kobiet z którymi sypiali – to one tak naprawdę ton nadawały polskiej polityce. Zauważył to już mizogin na pruskim tronie, Fryderyk Wielki, (w 1752 roku) twierdząc, iż w Polsce rozum popadł w zależność od niewiast, gdyż to one intrygują i rozstrzygają o wszystkim, podczas gdy ich mężowie ciągle się upijają. Repnin i rezydent czeski Essen jednym głosem stwierdzili, że siedem czy osiem niewiast wciągnęło do kolejnej (obozu bezrządu) agitacji konfederackiej swych mężów, kochanków, krewniaków, i stąd rozpaliła się ta nieszczęsna barska burda... Notabene ojciec krakowskiej szkoły historycznej, Walerian Kalinka, potwierdził (w XIX wieku) występującą u nas wyższość kobiet nad mężczyznami, która „mogłaby być komentarzem owej polityki, jaką od stu lat prowadzimy – polityki, którą słusznie uczuciową i fantastyczną nazwano. Bo rzecz prosta, że ten kto w narodzie góruje, musi jego działaniom kierunek i charakter nadawać”.

Formalnie jednak ster polityki w Rzeczypospolitej należał do mężczyzn – niezmiernie wrażliwych na punkcie swej dumy i honoru. Nie była to już oczywiście ta dawna Rzeczpospolita, przynajmniej sprzed wieku, gdzie można było być słusznie dumnym; ale kraj, który – jak trafnie zauważył Oskar Halecki – z dawnego „przedmurza chrześcijaństwa” zamienił się w „karczmę przydrożną, obsługującą głównie wojska rosyjskie...”. Słaby może być dumny nawet wobec silnego; może go drażnić, a także mu grozić; lecz czyż nie żałosna to duma? Taką też była ta – okazywana rozpanoszonym w Polsce Moskalom. Jak wskazuje przykład organizatora konfederacji barskiej Józefa Pułaskiego (w innych okolicznościach, miejscu i czasie – Bohdana Chmielnickiego, Napoleona III) urażona duma ma za nic wszystko – nie liczy się z niczym – nawet z możliwością katastrofy dla całego kraju. Sponiewierany, skopany i zrzucony w końcu ze schodów repninowskiego pałacu (ambasady rosyjskiej) zdesperowany Pułaski – postanowił chwycić za szablę. Może budzić naszą sympatię ta erupcja honoru i urażonej dumy, jakby nie było, Polaka – przed brutalnym Moskalem. Sympatia jednak to jedno, czymś zgoła innym – konsekwencje dla państwa. Konfederacja zawiązana przez Pułaskiego w Barze, dnia 29 lutego 1768 roku, zaliczana jest przez politycznych realistów do najzgubniejszych ze zgubnych – wieku XVIII – bowiem jej bezpośrednim następstwem był pierwszy rozbiór Polski!


Inicjatorami konfederacji barskiej obok J. Pułaskiego byli: Michał Krasiński, brat biskup Adama Krasińskiego, Wacław Rzewuski, Anna Jabłonowska (wojewodzina bracławska). Jeszcze przed sejmem radomskim układali plan zmiany na tronie (przewodząc fakcji saskiej) – konfederacji przeciwko Moskwie popierającej Stanisława Augusta. Po porwaniu i wywiezieniu przez Rosjan Sołtyka i Rzewuskiego, biskup Krasiński nawiązał kontakty dyplomatyczne z wrogami Rosji, licząc zwłaszcza na pomoc Turcji, Austrii i Francji. Powstanie przeciwko królowi i popierającym go Moskalom miało wybuchnąć na Podolu, aby zapewnić sobie pomoc... Turcji. Pułaski przyspieszył jednak wybuch ruchawki, by uprzedzić rozwiązanie sejmu.

Apologeta tej wojny domowej, będącej przy tym zrywem przeciwko dominacji Moskwy, Władysław Konopczński, pisze: „nastrój krzyżowy, heroiczny, napełnia serca i głowy pierwszych konfederatów barskich”. Wzniosły ten nastrój „krzyżowy” nie przeszkadzał saskim inicjatorom zrywu iść po prośbie do „pohańców” – wchodzić z nimi w alianse (Turcja)! Warneńczyk pewnie w grobie się przewracał – jakoż to i hetman Żółkiewski, Sobieski... „Przedmurze chrześcijaństwa” było już nie tylko karczmą wojsk rosyjskich, ale niemal tureckim zamtuzem! Oczywiście w polityce nawet wczorajszy wróg może okazać się w końcu pożyteczny, ale czyż nie wydaje się nikomu dziwny krzyżowiec gotowy walczyć ramię w ramię z wyznawcą religii Proroka przeciwko swoim braciom w Chrystusie? Gdyby chociaż porzucono tę całą frazeologię krzyżowo–maryjno–kościelną, ale nie – to potrzebne było do poruszenia mas – katolickiej szlachty; zresztą specjalnie nie zainteresowanej z kim ich przywódcy wchodzą w sojusze. Można więc było przyzywać i samego Belzebuba z piekieł przeciwko Ciołkowi – pijana szlachta katolicka stęskniona za „dawnym szczęściem czasów saskich” pewnie by się nie obruszyła – uznałaby ten krok za słuszny – wielce polityczny. Józef Wybicki, który jako 21 letni rotmistrz brał udział w konfederacji barskiej (pełnił ponadto funkcję jej zagranicznego agenta dyplomatycznego) opisał – cudu z nieba wyczekującą – „twierdzę” barską. Był to „na kopcu dworeczek (...) obwiedziony nieco szerokim rowem i mając polski mostek zwodzony; naokół wyniesione brzegi fosy niby to szańce czy chcesz nazwać mury, i coś podobno trzy lub cztery kosze całą składały inżynierską sztukę do obrony”. Kiedy wjechał do „twierdzy” nie zastał żołnierzy – byli na kwaterach w mieście. „Pohulać sobie żołnierzowi pozwolono”... Marszałek związkowy, Józef Pułaski, „cały był obrazami i relikwiami okryty” – podobnie i konfederaci „wszyscy te świątobliwe pozawieszali na się szyszaki” – to nie przeszkadzało im bynajmniej w pijaństwie. Te wszystkie świętości miały nie tylko pobudzić ducha religijno–patriotycznego poświęcenia, ale i zastąpić oręż owych czasów, bo jak stwierdził trzeźwy rotmistrz Wybicki: „powiedzmy prawdę, zachowawszy zabobonność naddziadów, zachowaliśmy razem tylko i ich piki z wieku dwunastego na wiek osiemnasty”.

Kiedy na koniec pod „twierdzę barską” przybyły wojska koronne i rosyjskie, jak pisze Jasienica, „z obwałowań Baru, rozbrzmiewającego pieśniami i suplikacjami, zamiast parlamentariuszy wyszło <czterech księży z krucyfiksami i piąty ze statuą Najświętszej Panny, z którymi nie wiedzieć co było traktować>, jak zapisał naoczny świadek. Bar został łatwo zdobyty, nic nie pomogło <zaślepienie w cudotwórstwie Marka>”. Ów ksiądz Marek był nie tylko ojcem duchowym utworzonego w Barze tajnego Zakonu Rycerzy Świętego Krzyża – z zawołaniem: „Jezus, Maria, Józef”, ale i jakoby „cudotwórcą – prorokiem”. Wróżył krótkie panowanie – „nie od Boga danego”– Stanisława Augusta. Wzywał szlachtę do cierpliwości – do czasu aż osiągnie pełnoletność elektor saski, „który przywróci Polsce dawne szczęście”.


Ruchawka zorganizowana przez koterię saską upadłaby prędko, gdyby nie złudne, jak zwykle, nadzieje na pomoc obcych. Tliła się aż do pierwszego rozbioru – cztery lata! To – normalne w narodzie – przy całym jego bohaterstwie – rządzonym przez kobiety – kobiece metody jego obrony. Bo, kiedy środków i sił już nie staje – pozostaje rozpaczliwe zawołanie: – na pomoc, ratunku, pomóżcie! Przeciwnie: naród rządzony przez trzeźwych mężczyzn, liczy przede wszystkim na własne siły; nie potrzebuje też żadnych „parasoli ochronnych” – uczynnych rąk obcych...

Michał Bobrzyński stwierdził jasno i bez ogródek, że „konfederacja taka, jakkolwiek będziemy oceniali jej pobudki, nie mogła doprowadzić do celu. Ruchawka nie wyćwiczona nie mogła nic skutecznego zdziałać przeciw regularnemu wojsku Rosji i tylko cały kraj naraziła na straszne spustoszenia i klęski. Na Ukrainie wybuchł straszny bunt chłopstwa, które w samym Humaniu 20 000 ludności wymordowało (...). Wspierała konfederację wysłaniem generała Dumourieza i drobnych posiłków Francja, kokietowała z nią Austria (...). Program polityczny konfederacji przeciwny reformie oddalał od niej króla i wszystkich wytrawniejszych ludzi, którzy tylko w reformie i w poparciu rządu królewskiego nadzieję lepszej przyszłości widzieli. Pomoc obca zawiodła...”.

Pewnikiem jest, iż casus konfederacji barskiej to tak częsty w naszej historii przykład bezgranicznego heroizmu i bezdennej politycznej głupoty – znamionujące nasz naród w dobie upadku. Natomiast jej apologia – nie obywa się, niestety, bez zohydzania orientacji przeciwnej: współdziałania z Rosją w dobrze pojętym interesie własnym – drogi kompromisu i rozsądnej ugody. Ale to – nic innego jak żałosna, choć szkodliwa sofistyka starająca się udowodnić, że białe jest czarne – że wszystkie klęski, jakie spadały na nasz naród, zawinione były przez (reformatorski jak by nie było) prorosyjski obóz ugody – nie niepodległościowo – powstańczy (anarchizujący i zawsze antyrosyjski).

Przykład konfederacji barskiej wskazuje także na to, ile nieszczęść i katastrof potrafią ściągnąć na swą Ojczyznę „szlachetni szaleńcy”. Takimi byli szeregowi konfederaci barscy, warchoły w świątobliwych szyszakach, „rycerze Krzyża Świętego” i „słudzy Maryi”, którzy kraj oczyścić chcieli ze schizmatyckich Moskali – choćby z pohańcem Turkiem pospołu.

Dziś nawet dziecko wie, że obelgą jest nazwać kogoś „targowiczaninem”. „Targowica” – to inwektywa z polskiego słownika politycznego, bodaj nie mająca sobie równych. Pomimo że konfederacja barska doprowadziła do nie mniejszych wcale nieszczęść, niż targowicka, w tymże słowniku próżno by szukać przezwiska – „barszczanin”. Stereotypowy barszczanin bowiem, choć naiwny, to „cny Sarmata, obrońca Krzyża Świętego, Kościoła Rzymskiego – Ojczyzny przed królem zdrajcą i schizmatycką Moskwą”. Kim był naprawdę ów barszczanin? Czyżby rzeczywiście „prawdziwym patriotą” – o niebo lepszym od targowiczanina, co w gruncie rzeczy chciał tego samego – „złotej wolności”, bezrządu, liberum veto – tyle że pod protekcją Katarzyny II?


O KRÓLU STANISŁAWIE AUGUŚCIE - SINE IRA ET STUDIO



To jedno po mnie zostanie, żem saskie pijaństwo z Polski wygnał. Potomność wspomni, żem nieuctwo szkaradnie tępił. Tego mi nie zaprzeczą, żem sarmackie mózgi myślenia przyuczał, że przyozdobiłem Polskę jakem mógł. Sądzę, że nie zawiodę się na tym przeświadczeniu, które mi powiedziało, kiedy nie miałem jeszcze 20 lat, że zostałem przeznaczony do spełnienia wielkiego dobra mojej ojczyźnie. Ale w czasie i sposobie, że ktoś inny zbierze żniwo z mego postępowania...

Z pamiętników króla Stanisława Augusta Poniatowskiego

12 lutego 1998 r. minęło 200 lat od śmierci ostatniego króla Rzeczypospolitej, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król ten miał to nieszczęście, że żył i działał w czasach schyłku i upadku państwa polskiego. Dlatego też całe odium za rozbiory, za poniżenie majestatu Rzeczypospolitej, spadło na niego. Wymagano od tego monarchy rzeczy niemożliwych do spełnienia, bynajmniej nie ułatwiając mu życia. Stanisław Poniatowski był atakowany przez polską magnaterię od samego początku jako ubogi, a więc niegodny tronu. Godniejsi byli Sasi w opinii możnych i tępej, sarmackiej szlachty. Król – intelektualista, choć „Piast”, był zbyt obcy, za mądry, zbyt oczytany, za mało swojski – „Francuzik”... Prawdą jest, że Poniatowski nie darzył sympatią sarmatyzmu, który kojarzył mu się z ciemnotą i pijaństwem. Od samego początku – bardziej obcy tym, którym panował (nie rządził!) niż „importowani” królowie Sasi. Może i z tego powodu był zbyt „miękki”. Za wszelką cenę pragnął akceptacji tych, nad którymi zdecydowanie górował rozumem politycznym. Większość kierowała się tylko uczuciami, była nieobliczalna (nie bez słuszności grabarz Polski, Fryderyk II, mówił, że naród polski zawsze był lekkomyślny w swoim działaniu). W moim przekonaniu Stanisław August był dojrzałym monarchą, ale, niestety, zwykle zachowywał się jak ojciec zbyt łatwo ulegający kaprysom swych rozpuszczonych bachorów. Jakże często się zdarza, że to właśnie dzieci za swe błędy i porażki obarczają winą rodzica; gotowe są nawet go znienawidzić. W nienawiści jaką obciążano pamięć ostatniego „Piasta” – jak słusznie zauważył Adam Skałkowski – „odzywały się echa różnych walk stronniczych i tej starej polskiej tradycji, która kazała czynić za wszystko odpowiedzialnym monarchę, chociaż odarty był z wszelkiej władzy. Przejawiała się w takim ujęciu rzeczy patriotyczna lub prostoduszna chęć uwolnienia narodu od straszliwych zarzutów prywaty, nierozumu i bezrządu, które pogrążyły Rzeczpospolitą w niemocy, wydając ją na łup wrogom. Znalazłszy kozła ofiarnego, strząsnąwszy nań grzechy, można było na tułactwie dojść do uwielbienia nieszczęść swoich jako powtórzenia męki Pańskiej”.


Rex Augustus był szczególnie znienawidzony przez rozumnych szałem: romantyków i epigonów romantyzmu. Choć, trzeba przyznać, nawet taki racjonalista – pozytywista, jak Aleksander Świętochowski, w ocenie króla nie ustępował tym, co widzą to, co – niewidzialne. Dlatego może tak łatwo przychodziło mu obrzucanie króla niewybrednymi inwektywami. Zawsze niechętny Rosji – i tej białej, i tej czerwonej– Jerzy Łojek, nie potrafił pisać inaczej o królu Poniatowskim, jak prezentystycznie wedle z góry obmyślanego planu. Na przykładzie twórczości tego historyka widać, jak można dowolnie manipulować faktami, których odpowiednia interpretacja służyć ma określonemu celowi ideologiczno-politycznemu.

Natomiast ciekawą ewolucję poglądów (o 180 stopni!) na temat króla Stanisława Augusta przeszedł Stanisław Cat Mackiewicz: przed wojną włączył się do chóru antyrosyjskich i antykrólewskich, romantycznych epigonów, pisząc m.in. przedmowę do książki Karola Zbyszewskiego pt. „Niemcewicz od przodu i tyłu”; po wojnie (być może już w czasie jej trwania) zrewidował swoje poglądy, których wyraz można odnaleźć w jego książce pt. „Stanisław August” (pierwsze wydanie w Londynie w 1953 r.). Cat Mackiewicz m.in. wysoko ocenił propozycję ostatniego króla Rzeczypospolitej dotyczącą zawarcia przymierza polsko – rosyjskiego w 1787 roku. Zdaniem Mackiewicza król miał następujący program: pozostać – dopóki trzeba – satelitą rosyjskimi, w ten sposób bronić Polski przed dalszymi rozbiorami... Pod osłoną tego upokarzającego uzależnienia... chciał on odbudować państwo polskie (...). Zmienić nasz ustrój z anarchicznego i dostępnego dla wszystkich wpływów obcych na ustrój umożliwiający rządzenie państwem w sposób normalny i przez władzę samodzielną, niepodległą, państwowo–polską i wreszcie wyprowadzić nas z bezsilności przez stworzenie jakiejś siły zbrojnej”.


Najmądrzejszy i najinteligentniejszy z naszych monarchów – jak oceniają zgodnie Stanisława Augusta Poniatowskiego zwolennicy i najzawziętsi wrogowie – nie był zrozumiany przez jemu współczesnych; często uczynnych denuncjatorów podkopujących jego pozycję w Petersburgu. Nie zrozumieli króla i potomni, a przede wszystkim rządzący już niepodległą Polską sanatorzy – obóz majowy – którzy w atmosferze skandalu odmówili królowi godnego monarchy pochówku w ziemi ojczystej. W 1938 roku bowiem, a więc 140 lat po śmierci króla – więźnia (uwolnionego dopiero przez cara Pawła I, syna Katarzyny II) w Petersburgu, władze sowieckie zamierzały zburzyć kościół Św. Katarzyny, gdzie znajdowała się trumna ze zwłokami Stanisława Augusta. Rosyjscy komuniści chcieli przebudować miasto (dotąd Petersburg) w autentyczny Leningrad – bez „zbędnych” pamiątek przeszłości: cerkwi i kościołów – w duchu nowej ideologii marksistowsko–leninowsko–stalinowskiej. Informujący o tym projekcie raport konsulatu RP w Leningradzie, przesłany z początkiem 1938 roku do warszawskiego MSZ, spowodował pierwsze i oficjalne wystąpienie władz polskich do władz sowieckich o wydanie królewskich szczątków. Władze sowieckie ustosunkowały się przychylnie do wniosku rządu polskiego. Sprawą, którą musiała już rozstrzygnąć strona polska, było miejsce pochowania króla. „Minister Józef Beck nie czując się władnym podjąć taką decyzję, przedłożył ją do konsultacji najwyższego gremium włodarzy państwa: prezydentowi Ignacemu Mościckiemu, marszałkowi Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu i premierowi Felicjanowi Sławojowi Składkowskiemu. Ta czwórka zdecydowała, że Stanisława Augusta pochować można gdziekolwiek, byle nie w Krakowie i Warszawie. Na Wawelu niedawno pochowany Marszałek nie mógłby sąsiadować z kochankiem carycy; Warszawa zaś to za duży honor dla targowiczanina. W tej sytuacji prowadzący z ramienia MSZ tę sprawę Stanisław Zabiełło otrzymał wolną rękę na jaj załatwienie. Zabiełło wybrał Wołczyn” (Anna Zgorzelska). Trumna z prochami ostatniego monarchy – „Piasta” znaleźć się miała w skromnym kościele św. Trójcy w Wołczynie (miejscowość leżąca ok. 20 km od Brześcia Litewskiego). Wołczyn był niegdyś własnością Poniatowskich, a kościół wybudował ojciec króla Stanisława Augusta, wojewoda Stanisław Poniatowski. W tym też kościele miał miejsce chrzest przyszłego króla w r. 1732. „Trumna z prochami Stanisława Augusta została przewieziona do stacji granicznej Stołpce. Znalazła się tu 11 VII 1938 r. w towarowym wagonie z napisem <bagaż zwykły>, stała na bocznicy przez trzy dni. Trumnę otwarto i dokonano oględzin jej wnętrza. W myśl instrukcji rządowych postanowiono, aby pogrzeb króla odbył się w jak największej tajemnicy, bez żadnych uroczystości”. (Andrzej Zahorski, Spór o Stanisława Augusta, Warszawa 1990, s. 359 ). Zastanawiający jest ten brak szacunku ówczesnych władz polskich do postaci bądź co bądź króla polskiego. Na coś takiego mogli sobie jeszcze pozwolić bolszewicy–carobójcy, ale nie rząd niepodległej Polski! Piłsudski mawiał: Jestem wyznawcą zasady, że ten, kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości. Nieuctwo, byłych bojowców PPS zajmujących najwyższe stanowiska w państwie, i ich brak szacunku nawet dla zwłok ostatniego króla – Polaka, zgorszyło całe kulturalne społeczeństwo polskie międzywojnia. Oburza to i dziś po upływie 60 lat. Duchowi potomkowie półbarbarzyńców, których kiedyś uczył myśleć nasz król Stanisław August Poniatowski, dzierżyli totalną władzę w państwie, nie szanując ani przeszłości Polski (jedynie wybiórczo – tę całkiem nową terrorystyczno–bratobójczą), ani nie licząc się z opinią wybitnych ludzi polskiej nauki, kultury i sztuki. Doprawdy nie byli godni szacunku współczesnych ani prawa do przyszłości. Jeden z nich przed II wojną światową, marszałek Edward Rydz-Śmigły, kiedy podczas pewnej dyskusji w jego obecności na temat Stanisława Augusta pojawiły się głosy w obronie monarchy, żachnął się i z prawdziwie katońską surowością począł gromić króla za jego postawę w czasie wojny z Rosją w 1792 roku. Na pytanie zainteresowanych: – Co nieszczęsny król więc miał czynić w tej swojej beznadziejnej sytuacji? Marszałek Śmigły odpowiedział bez wahania: Mógł stanąć na czele wojska i zginąć! Ten sam marszałek, jako naczelny wódz kampanii wrześniowej, pokazał w rok później, jak w czasie działań wojennych staje się na czele wojska i... opuszcza je, oraz kraj, w potrzebie.

Po II wojnie światowej władze sowieckie zamieniły kościół w Wołczynie na magazyn zbożowy. Dopiero po latach,12 XII 1988 r., do Wołczyna udała się specjalna Komisja, która miała zająć się sprowadzeniem szczątków pośmiertnych króla do Polski. Stwierdziła ona na miejscu (przeprowadzono ekspertyzę pod kierunkiem prof. T. Dzierżykraja-Rogalskiego), że szczątki kostne w krypcie okazały się pochodzenia... zwierzęcego. Sprawę tę skomentował historyk prof. Marian Marek Drozdowski: Trzeba pamiętać, że dewastacja krypty królewskiej w Wołczynie, wielokrotne penetrowanie przez chuliganów białoruskich spowodowała, że zostały jakieś tylko fragmenty płaszcza królewskiego, pozostały resztki prochu kostnego, elementy dawnej trumny, następnie pantofelek królewski. Jakieś inne symbole, które są potwierdzeniem obecności króla w Wołczynie. Więc są to szczątki, jest to symbol, i ten symbol się liczy. Nawet gdyby nic nie było, a było tylko epitafium, i oznaczało to pamięć, też to się liczy, tak jak symboliczny grób się liczy na Powązkach prezydenta Starzyńskiego. Takie są nasze tragiczne losy i musimy to przyjąć do wiadomości.


Wielkim orędownikiem sprawy godnego pochówku ostatniego króla Rzeczypospolitej w podziemiach warszawskiej Archikatedry Św. Jana był Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński, który zdecydowanie przeciwstawił się projektowi, niebędącemu jego zdaniem na poziomie doniosłości sprawy, pochowania króla w Łazienkach. Stanowisko Prymasa poparł również m.in. autor głośnej książki pt. Spór o Stanisława Augusta, historyk Andrzej Zahorski: Uważam bowiem – pisze on we wspomnianej pracy – że dla dziejów Warszawy panowanie Stanisława Augusta było przełomem, za jego czasów i przy jego wydatnym udziale Warszawa przestała być tylko miastem rezydencjonalnym królów polskich, a stała się nowożytną stolicą Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Czarna legenda ostatniego naszego króla „Piasta” nie wytrzymała konfrontacji z prawdą historyczną. Zwłaszcza po odkryciu i odczytaniu pełnej dokumentacji panowania Stanisława Augusta, tak skrupulatnie przez niego gromadzonej. Niezwykle cenne są jego pamiętniki. Jak zauważył Aleksander Bocheński, ostatni król Rzeczypospolitej doskonale orientował się w zamiarach Prus i Rosji. „Pamiętnik został wydany – pisze A. Bocheński – w oryginalnym francuskim tekście przez uczonych radzieckich w Leningradzie w 1921 roku. Nikt go dotąd nie przetłumaczył w całości i nie udostępnił polskim czytelnikom. Na początku piątej księgi daje Stanisław August rzut oka na stan Polski, na jej położenie zarówno międzynarodowe, jak i wewnętrzne (...). Za największego wroga Polski uważał król zawsze i niezmiennie Prusy. W zapatrywaniu tym nie ma ani śladu jakiejś predyspozycji, ani filozofii dziejowej, ani tym mniej – jak go o to oskarżano w Berlinie – osobistej nienawiści do Fryderyka Wilhelma II. Nie pasowałoby to do pozbawionego wszelkich namiętności politycznych, zwłaszcza daru nienawiści – króla. Po prostu konstatował stałą chęć osłabienia Polski” (A. Bocheński, Rozmyślania o polityce polskiej, Warszawa 1988, s.127 ).

Niestety tej przenikliwości króla nie miało wielu jego współczesnych – król był właściwie sam. To tłumaczy jego późniejszą decyzję poparcia kierunku całkiem przeciwnego (orientacja na Prusy właściwie w społeczeństwie polskim zwyciężyła). Król nasz bowiem hołdował zupełnie nowoczesnej – demokratycznej zasadzie, która głosi, że należy się liczyć z opinią większości (nawet jeśli się jest monarchą). W historii naszej byli oczywiście i tacy mężowie stanu, którzy postępowali przeciwnie, wbrew ogółowi – przypłacili to upadkiem i odrzuceniem, zarówno przez współczesnych, jak i potomnych. Tego za nic nie chciał, niezwykle dbający o popularność wśród rodaków, król. Nawet do Targowicy Stanisław August przystąpił po chłodnej kalkulacji – na skutek większości Rady, podzielonej i w tej sprawie. Obarczać więc winą króla za upadek państwa – to grube nieporozumienie. Można też i całe odium za klęskę zrzucić na niego, wbrew prawdzie historycznej, by naród pozostał krystalicznie czysty i bez winy. Czy jednak wyjdzie to nam na zdrowie, czy znowu nie będziemy z tą samą beztroską i lekkomyślnością brnąć w te same błędy? Nie! Dość już kozłów ofiarnych usprawiedliwiających naszą własną nieudolność, bierność, lenistwo myśli i brak woli. Jeśli już szukamy sprawców naszych nieszczęść, to przynajmniej nie szukajmy ich tam, gdzie na pewno ich nie ma – wśród najlepszych synów naszego narodu. Zwłaszcza – królów, którym nie było dane nami rządzić, a pozostawało tylko niewdzięczne nam panowanie.



POLITYKA MIĘDZYNARODOWA DOBY SEJMU WIELKIEGO




Opadły już emocje po kolejnym fetowaniu Konstytucji 3 maja – wbrew przekonaniu większości Polaków (ba – nawet i „elity umysłowej” popełniającej w wielu wypadkach ten sam oklepany – popularny błąd) była to trzecia (!), a nie druga nowożytna konstytucja, tj. po konstytucjach Stanów Zjednoczonych (1787 r.) i Szwecji (1789 r.), a cztery miesiące przed konstytucją rewolucyjnej Francji (zob. J. Skowronek, Wielka chwila narodowych dziejów Konstytucja 3 maja, Warszawa 1991, s. 53). Mniejsza z tym. O wiele bardziej istotne to brak refleksji nad skutkami polityki „stronnictwa patriotów”, które tę konstytucję wykreowało. To, że konstytucja wprowadzała monarchię dziedziczną, opiekę „prawa i rządu krajowego” nad chłopami, likwidowała liberum veto i wniosła inne „zbawienne” reformy, jest prawdą – tego nikt nie może kwestionować. Brak dziś tylko zastanowienia nad sytuacją międzynarodową ówczesnej Polski: czy należało wówczas – w takim położeniu dokonywać kroku, który – chcemy czy nie – przyniósł kolejny rozbiór Rzeczypospolitej? Czy Rzeczpospolita po tym, jak wyzwoliła się na pewien czas spod kurateli Katarzyny II, zajętej wojną z Turcją i Szwecją, powinna była za sprawą naszych patriotów wpadać w objęcia Prus? Czy przy zupełnie innym sojuszu, tj. z Rosją, nie można było przeprowadzić żadnych reform? Zgoda – Katarzyna II nie życzyła sobie reform ustrojowych. Twierdziła, iż „będzie uważała się za zwolnioną od obowiązku przyjaźni dla Polski”, jeśli sejm 1788 będzie nieustający. Nikt się jednak tym stwierdzeniem carycy najwidoczniej nie przejmował, za dobrą monetę wzięto ofertę tego, który przelicytować miał rosyjską imperatorową, Fryderyka Wilhelma II.

Słusznie zauważa W. Konopczyński: „Rzeczpospolita miała więc do wyboru: albo szukać sojuszu, choćby niezaszczytnego, z dworami cesarskimi, które interesowały się jej całością, albo przerzucić się pod opiekę Prus i aliantów...”. Nasi patrioci wybrali tę drugą ewentualność. Dokonując tego wyboru, tym samym podpisali wyrok na Rzeczpospolitą, sami nie zdając sobie z tego sprawy. Tymczasem „wspaniałomyślny” król Prus nawet pogodził się z tym, że nie dostanie upragnionego Gdańska i Torunia (z nich gotowi byli nawet zrezygnować polscy „patrioci”), byleby z gry wyłączyć Rosję. A u nas „przemogła cnota i patryjotyzm nad podłością i uleganiem, a Polak już wolny, już dosyć potężny...” – pisał naiwnie jeden z anonimowych publicystów sławetnego sejmu (prawdopodobnie Józef Rybiński). Ale rzecz się miała zgoła inaczej. Katarzyna II prowadziła wojnę na dwóch frontach, bacznie jednak obserwując – bez ingerencji – co się dzieje w Polsce. A nie działo się najlepiej... Pomimo przyjęcia wniosku posła Michała Walewskiego (20 X 1788) o stutysięcznej armii, wojsko takie tak naprawdę nigdy nie powstało (zmniejszone później do 65 000). Tymczasem poseł pruski Lucchesini przekonywał polskich patriotów, że Rzeczpospolita już jest potęgą – nie trzeba więc ustanawiać nowych podatków... Według jego rachub – jak pisał do swego chlebodawcy Fryderyka Wilhelma II – armia polska „nigdy nie przekroczyła... liczby 42 tysięcy właściwych żołnierzy” (z czego ok. 14 tys. zginęło w obronie konstytucji). Prusy natomiast miały w roku śmierci „starego Fryca” armię liczącą ok. 195 tys.! Tyle że tam płaciło się podatki dwukrotnie wyższe niż we Francji. Tam nikt nie śmiał skarżyć się na ucisk podatkowy! U nas naród polityczny zdobył się na podatek 10%, tzw. „ofiarę dziesiątego grosza” – od duchowieństwa żądając dwukrotnie więcej...

Wybrali więc nasi patrioci „sojusznika”... A co – król, który chciał zgoła innego przymierza? Jak zauważa nieśmiertelny o. Walerian Kalinka: „król tu nie był największym winowajcą: on przynajmniej rachował, przewidywał, Moskwie na pół tylko wierzył; opozycja cisnąwszy jej rękawice, oddała się Prusakom namiętnie i prawie z dziecinną łatwowiernością!... Jeśli interes Polski zakazywał jej wiązać się z Rosją przeciw Porcie, to bezpieczeństwo państwa wymagało podobnież, abyśmy Moskwy nie drażnili, stojąc po stronie jej nieprzyjaciela... Nie wojna z Turkami, ale też i nie wyzywanie mocniejszego o wiele sąsiada, tylko zbrojna, a raczej zbrojąca się neutralność była jedyną polityką, mogącą pogodzić i uczucia narodowe, i rozum stanu, była także jedyną dla państwa drogą zbawienia!...”. Tak poucza nas największy i najlepszy (w opinii politycznych realistów) z naszych historyków. Po Kalince przyszedł jednak Askenazy i jego peany na cześć Sejmu Wielkiego, później Łojek dopełnił dzieła... Dlatego czcić będziemy święto Konstytucji 3 maja, jeśli już gdzieś winę znajdując, to nie w nas samych, nie w naszych błędach, ale w zaborczości sąsiadów, w spiskach masonów i Żydach...

Niech ten nasz fatalny sojusz sprzed 200 lat da nam do myślenia dzisiaj – w dobie nowych sojuszy, ale zawieranych z równym entuzjazmem jak tamten. W dobie nowych pomysłów skarbowo–podatkowych... A czy i dzisiaj nie drażnimy Moskwy, stojąc bezmyślnie acz zdecydowanie po stronie jej nieprzyjaciela – egzotycznego sojusznika (a przy tym po stronie Niemiec, które są raczej jej potencjalnym sojusznikiem)?


Wielu dzisiejszych patriotów – „niepodległościowców” cieszy niezmiernie kryzys w Rosji i jej demograficzne załamanie. Tymczasem jej osłabienie niesie za sobą poważne niebezpieczeństwa dla nas samych. A biorą się one przede wszystkim z naszych resentymentów i nienawiści do tego kraju – z tradycyjnej „choroby na Moskala”. Poza tym łatwiej jest dokopać leżącemu i słabemu niż nawet tylko pogrozić silnemu. Taka psychologia tchórzliwego niewolnika, niestety, charakteryzuje część naszych elit umysłowych. Co więcej dylemat: czy udzielić pomocy „komiwojażerowi”, czy też nie – łatwo odrzucany przez elity umysłowe II Rzeczypospolitej (zob. Dmowski, Świat powojenny i Polska), dzisiaj nie budzi już takich zastrzeżeń. Co jest szczególnie niepokojące. Niepokoi plan rozbiorów Rosji – w imię politycznej kontroli nad Eurazją, tym bardziej że jego beneficjentami nie pozostaną tylko i wyłącznie Stany Zjednoczone Ameryki (jak podkreśla Brzeziński może tylko, co najwyżej, na dwa pokolenia!), ale i – a może przede wszystkim – Niemcy. A co będzie potem, kiedy już nie będzie Ameryki w Azji i Europie? Tego pytania nikt chyba sobie nie zadaje, bo i po co zdobywać się na niepotrzebny nikomu wysiłek umysłowy. Wystarczą przecież politycznie poprawne frazesy i wiara w idealistyczne motywy działań naszego egzotycznego sojusznika i jego satelitów. Złudzenie wielkości doby Sejmu Wielkiego kosztowało polskich patriotów wiele rozczarowań. Dziś także nie jesteśmy potężni, wystarczająco ofiarni dla dobra wspólnego, ani specjalnie patriotyczni czy moralni (choć wielu się wydaje, że takimi właśnie są, jeśli nawet – to i tak jest ich zbyt mało). Dlatego więc nie mamy prawa myśleć o sobie w innych kategoriach, jak wasala Rosji bądź Niemiec. Z tym, że protektorat Rosji pozwalałby nam zachować zdobycze terytorialne z 1945 r., a wrogość do niej oznaczać może tylko jedno – wcześniej czy później – ich utratę. Wilno z Litwinami czy Lwów z Ukraińcami nie może być dla nas żadną miarą rekompensatą za Szczecin, Wrocław, Gdańsk czy Kołobrzeg! Co więcej – nie możemy sobie pozwolić na żadną prometejską pokusę, tj. „cywilizowanie Wschodu” – „niesienie pochodni cywilizacji łacińskiej na Wschód”. Nie możemy powtarzać tego historycznego błędu! Historia nas uczy, że to raczej my ulegliśmy turanizacji (sarmatyzm wspomnieć wystarczy). Zostawmy więc Azję Azjatom, a skoncentrujmy się raczej na tym co mamy, a mamy już coraz mniej – zwłaszcza na Ziemiach Zachodnich. Klucz do prawdziwej wielkości Polski leży u ujścia Odry i Wisły, tracąc go skazujemy się na los Polski po Sejmie Wielkim i Konstytucji 3 maja – buforowego państewka – „centralnego punktu łączącego siły Niemiec i Rosji”, że użyję trawestacji słów samego wielkiego, jakby nie było, „starego Fryca”.


SKUTKI REWOLUCJI LISTOPADOWEJ DLA SPRAWY POLSKIEJ




„Wszelkie działanie spiskowe jest nieprawne, bo nigdy pewna liczba ludzi ukrytych, przez siebie jedynie umocowanych, nie ma prawa samowolnie rozrządzać wolą i losem drugich, nie pytanych, nieświadomych, nie zezwalających (...) o ile ma sprawę polską na celu jest głupie, bo tej sprawie nigdy korzyści, a same tylko klęski przynosi”. Stanisław Tarnowski

Wiele się mówi o naszych zrywach narodowych w kontekście patriotyzmu, ofiarności i bezgranicznego oddania sprawie niepodległości Polski. Powstania nasze – według ich apologetów – były tymi nielicznymi chwilami przebłysku świadomości i godności narodowej – dowodziły niezbicie, że Polacy kochają ojczyznę nad życie. Pomijano tak „drobne” kwestie, jak ambicje osobiste przywódców spisków – ich rzeczywiste, a nie stworzone na potrzeby mitologii narodowej, motywy działań.

Historycy – gros historyków polskich – przyklaskiwało i nadal przyklaskuje (poza nielicznymi wyjątkami) wytworzonej przez naszą literaturę romantyczną mitologii narodowej. Czynią tak, jak im się zdaje w imię racji wyższych – imponderabiliów. Gdzie więc miejsce dla prawdy? Prawdy historycznej, bez której trudno o historii mówić jako o nauczycielce życia. Nie chodzi tu wcale o obiektywizm, którego próżno by szukać wśród historyków (jak i nie historyków – u każdego z nas), ale o fakty – fakty historyczne. Bez faktów historycznych nie ma przecież historii, może być mitologia, piękne nawet mity, ale historii na pewno nie będzie.

Faktem jest, że mitologia polska (m.in. powstańcza) odgrywa ważną rolę w kształtowaniu naszej postawy życiowej. Jeszcze ok. 20 lat temu opozycja solidarnościowa na potrzeby bieżącej walki politycznej nawiązywała do tradycji konfederatów barskich i polskich (antyrosyjskich) powstań narodowych. Dziś już, na szczęście, czasy się nieco zmieniły – i nie ma potrzeby „iść na Moskala”.

Przekłamaniem jednak byłoby twierdzenie, że do tradycji walk narodowowyzwoleńczych nawiązywali tylko działacze opozycji anty–PRL–owskiej. Również nawiązywała do nich (i to często) „strona partyjno–rządowa”, ale operowała ona nieco innymi mitami (na pewno nie „klerykalnej” Konfederacji Barskiej i „antyradzieckiego” Powstania Warszawskiego ), które można było pogodzić nie tylko z „postępowymi” wartościami „marksizmu–leninizmu’, ale i „tradycyjną przyjaźnią polsko – radziecką”. Zarówno jednak komuniści (z PZPR–u), jak i „niepodległościowcy” (z „Solidarności”) mieli własne ulubione mity, choć nawiązywali do tej samej tradycji narodowowyzwoleńczej. Jak widać, nie byli sobie aż tak bardzo obcy – przynajmniej w ocenie naszych zrywów. Natomiast każdy krytyk polskich mitów powstańczych skazywał się – w najlepszym razie – na ostracyzm i zmowę milczenia, jeśli wcześniej nie został „zdemaskowany” jako „wróg klasowy” i „reakcjonista” – z jednej, czy „agent bezpieki” i „kryptokomunista” – z drugiej strony.

Dla marksistów krytycy ruchów narodowowyzwoleńczych to bez wątpienia „mistyfikatorzy” (w sensie historycznym) i „reakcjoniści” (w sensie politycznym). Jak pisał jeden z nich, Zbigniew Załuski, w książce „7 polskich grzechów głównych” (Warszawa 1968, wyd. IV, s. 27): „Do godności szkoły historycznej i politycznej teorii podnieśli pogląd o bezsensowności i szkodliwości powstań dopiero konserwatywni <stańczycy> krakowscy i wielkomagnaccy <lojaliści>, widzący własną i narodową przeszłość jedynie w utrzymaniu swej pozycji społecznej dzięki oparciu o zaborcze trony”. Cóż jednak powiedzieć o tych, którzy nie mają dziś potrzeby opierać się o jakiekolwiek „zaborcze trony” – nie są magnatami (tym bardziej wielkimi), a mimo to potwierdzają racje owych „wielkich magnatów” – krakowskich „stańczyków”? Towarzysz (w odniesieniu do proletariusza „pan” byłoby nietaktem) Załuska kategorycznie stwierdza, iż „dawno i w sposób uzasadniony potwierdzony został pozytywny wpływ powstań, mimo ich klęsk, na rozwój naszego narodu...” (sic!). W nowej dobie (tzw. transformacji–ustrojowo gospodarczej), ale w podobnym zupełnie duchu wypowiada się profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Ryszard Bender, który w jednej z audycji radiowych (z 24.01.98 r. w Radiu „Maryja”), powiedział, że „nam się teraz postponuje nasze zrywy powstańcze, które pozwoliły nam zachować tożsamość, nasz język...”. W tym ujęciu każdy krytyk powstań polskich przeciwko Rosji – to albo zdrajca, albo głupiec, który nie docenia roli naszych zrywów w „zachowaniu tożsamości narodowej, kultury i języka”. Opinia ta zrobiła tak zawrotną karierę, że wielu przyjmuje ją jako pewnik – aksjomat. Dzięki naszym zrywom jesteśmy więc narodem „wyrazistym” – nie jakimiś tam Czechami czy Finami, którzy szli do niepodległości mniej romantyczną i heroiczną – niż my – drogą. Tak chyba sądzi gros współczesnych Polaków. Na 29 listopada przypadła kolejna rocznica Powstania Listopadowego, które było przede wszystkim – warto to przypomnieć – dywersją o charakterze rewolucyjnym w obronie REWOLUCJI NA ZACHODZIE, a dopiero później naszym – polskim zrywem narodowym przeciwko Rosji. Sprawcami tej dywersji była garstka spiskowców, którzy z piersi swoich uczynili w noc listopadową „Termopile dla wrogów”, ocalając w ten sposób od interwencji rosyjskiej zrewolucjonizowany Zachód (Francję i Belgię). Stąd też wziął się mit nasz narodowy (autorstwa Juliusza Słowackiego): Polski jako „Winkelrieda narodów”. Ów legendarny szwajcarski bohater, Arnold Wienkelried, miał podczas bitwy pod Sempach (9 VII 1386 r.) z wojskami księcia Leopolda III austriackiego skierować nieprzyjacielskie kopie w swą pierś, tworząc w ten sposób wyłom w szeregach wroga, co przyczyniło się do zwycięstwa Szwajcarów.


O następstwach rewolucji listopadowej (nazywanej w naszej historiografii Powstaniem Listopadowym) uczą się licealiści w klasach trzecich. Nie jest to z pewnością jeszcze wiek (17 lat) najbardziej odpowiedni do roztrząsania tak zawiłych problemów, jakie wiążą się z naszymi powstaniami narodowymi.
Do oceniania ważnych, aczkolwiek kontrowersyjnych postaci historycznych, jak np. Ks. Ksawery Drucki–Lubecki – z jednej – czy Maurycy Mochnacki – z drugiej strony. Nie bardzo też w wieku „–nastu” lat interesują kogoś takie sprawy, jak powstania, zsyłki i cała nasza martyrologia, kiedy chciałoby się raczej cieszyć życiem i szybko przemijającą młodością. Efekt jest taki, że prawdziwą wiedzę o naszej historii zdobywa się (jeśli w ogóle ją się zdobędzie) dopiero w wieku dojrzałym. W szkole dominują romantyczne mity (w jakie obfituje zwłaszcza nasza literatura), które najlepiej się zapamiętuje, jak wszystko, co bardziej działa na serce raczej (i emocje), niż na rozum. W większym też stopniu działa na wyobraźnię młodzieży barwna kariera napoleońskiego kawalerzysty czy emisariusza i powstańca, niż „przeciętnego” urzędnika, nauczyciela, lekarza i działacza społecznego – starającego się tylko, jak najlepiej (jako podstawowy nakaz patriotyczny) wykonywać swoje codzienne obowiązki. Tak było u nas kiedyś i tak jest dzisiaj. Stąd i opinia o nas jako niepoprawnych romantykach ciągnie się przez wieki.

Czy warto więc powtarzać treści, jakie znaleźć można w podręcznikach historii, na temat zrywu listopadowego? Wydaje się, że tak. Warto przypominać. Także i w czasach „spokojnych”, jak nasze, kiedy nie trzeba się już „wybijać na niepodległość”, ale korzystać tylko z „owo.ów wolności”. Łatwo bowiem w takich momentach o uśpienie umysłów. Warto przypominać i tym, którzy dawno już zapomnieli, czego uczyli się na lekcjach historii.

Dodajmy, by uniknąć nieporozumień – są oczywiście i takie sytuacje, kiedy można, a nawet trzeba się bić – w obliczu pewnej zagłady, ale taka przecież nie groziła Królestwu Polskiemu w roku 1830. Finanse dzięki Ministrowi K. Druckiemu-Lubeckiemu były uporządkowane (nadwyżki w budżecie – powyżej 30 mln zł!) – niezawisłość Polski zapewniona. I jak na ironię w takim momencie dziejowym, kiedy można było już śmielej patrzeć w przyszłość, wybuchła rewolucja.

Przejdźmy jednak do meritum, tj. do skutków owej tragicznej nocy listopadowej:

Następstwem szczególnie złowrogim dla sprawy polskiej było zacieśnienie przyjaźni pomiędzy naszymi zaborcami. W sierpniu 1833 r. nastąpiło porozumienie między cesarzem austriackim Franciszkiem I i królem pruskim Wilhelmem III w Teplitz (Cieplice) w Czechach. Na początku września 1833 r. car Mikołaj I spotkał się w Schwedt nad Odrą z królem pruskim wracającym z Teplitz. Omówiono wówczas kwestię niebezpieczeństwa rewolucyjnego, zgodzono się co do solidarnego współdziałania, w celu przeciwstawienia się jemu. W parę dni później car Mikołaj I znalazł się na terytorium austriackim (Münchengraetz w Czechach). Uzgodniono tam wzajemną pomoc w tłumieniu „buntów polskich” – łącznie z czuwaniem nad „podejrzanymi indywiduami”, zgodzono się także do możliwości zajęcia wolnego miasta Krakowa. Wspólna konwencja berlińska (z 15 X 1833 r.) zwieńczyć miała całe dzieło.

Zgodzić się niewątpliwie należy z ks. prof. M. Żywczyńskim, który stwierdził, iż „upadek powstania listopadowego pociągnął za sobą fatalne następstwa polityczne dla wszystkich trzech zaborów”. O ile wcześniej przed listopadem 1830 roku rządy pruski i austriacki w obawie, by polscy poddani nie ciążyli ku Królestwu, szły na pewne ustępstwa, nie szczędziły też obietnic poprawy losu Polaków w ich zaborach. To ten stan rzeczy uległ całkowitej przemianie po klęsce powstania, w r. 1831, doprowadzając do prześladowania żywiołu polskiego i prób włączenia ziem polskich do Prus i Austrii.

Po stłumieniu powstania listopadowego rząd rosyjski zainicjował w Królestwie oraz na Litwie i Rusi bezwzględną i surową reakcję. W Królestwie przeprowadził ją dyktator rosyjski, głównodowodzący armią, od kwietnia 1832 r. namiestnik Królestwa Polskiego Jan Paskiewicz, nazywany też księciem warszawskim. Zwrócił on szczególną uwagę na sprawy kościelne. Duchowieństwo polskie stanowiło silną i zwartą organizację, było też – po 1831 r. – najsilniejszym odłamem polskiej inteligencji. Za udział w powstaniu kler polski został ukarany. W stosunku do kleru niższego zastosowano represje: usuwano z posad, więziono, grożono reformą seminariów duchownych. Znacznie surowiej postąpiono z duchowieństwem na Litwie i Rusi – w ramach polityki rusyfikacyjnej – degradowano (czynili to posłuszni biskupi), oddawano kleryków „w rekruty”, księży pozbawiano szlachectwa i również oddawano „w sołdaty”, a nawet zsyłano na Sybir. Co więcej za narzędzie spacyfikowania nastrojów wśród Polaków użyto Stolicy Apostolskiej. Brewe z 18 II 1831 r. okazało się za słabe – i zbyt dwuznaczne, stąd dyplomacja rosyjska w Watykanie rozpoczęła starania o bardziej zdecydowane potępienie niedawnych wypadków w Polsce. Rezultatem tych starań była encyklika papieska Cum primum (z 9 VI 1832 r.), w której papież Grzegorz XVI stwierdził, że dowiedział się o „nieszczęściach w Polsce wywołanych przez siewców podstępu i kłamstwa, podnoszących głowę przeciw prawowitej władzy pod pretekstem religii”. Stwierdził, że poddanie się władzy ustanowionej przez Boga jest zasadą niezmienną, od której można się uchylić tylko w tym wypadku, gdyby ta władza pogwałciła prawo Boże i Kościelne. Grzegorz XVI zacytował listy: św. Pawła do Rzymian (rozdz. XVIII) i pierwszy (w podobnym duchu) list św. Piotra (2, 13–15); przypominał postawę pierwszych chrześcijan posłusznych cesarzom – nawet wśród prześladowań; wskazywał przykład chrześcijan służących w rzymskich legionach, którzy nigdy nie zbrukali się zdradą. Grzegorz XVI pokreślił, że Polacy podnieśli oręż nie dla obrony religii, a był to tylko pretekst dla zupełnie innych powodów. Cum primum Ubocznie Grzegorz XVI potępił także rewolucję listopadową w swej kolejnej encyklice (z 15 sierpnia 1832 r.) Mirari vos. kończy się oświadczeniem, że potężny cesarz okaże się dla Polaków łaskawy, będzie się troszczył o dobro religii katolickiej i nikomu nie odmówi swej opieki.

Tymczasem car Mikołaj I po 1830 r. fizycznie wręcz nie znosił Polaków. Nie uznając już zobowiązań traktatu wiedeńskiego, zostawił Królestwu tylko pozorną autonomię (Statut Organiczny z 1832 r., który i tak nie wszedł w życie). W roku 1835 podczas spotkania z polską delegacją w Łazienkach oświadczył bez ogródek: „Jeżeli upierać się będziecie przy waszych marzeniach o odrębnej narodowości, o Polsce niepodległej, i przy wszystkich tych złudzeniach, ściągniecie na siebie wielkie nieszczęście. Kazałem tu zbudować Cytadelę Aleksandrowską i oświadczam wam, że przy najmniejszym zaburzeniu każę miasto zbombardować, zburzę Warszawę i z pewnością nie ja ją odbuduję”. Nie byłoby jednak tak ostrego i kategorycznego tonu, gdyby nie rewolucja listopadowa. Dodajmy, że leżała ona w interesie nie tylko zrewolucjonizowanej Francji i Belgii, ale i naszych wrogów: Prus i Austrii, a także oligarchii rosyjskiej, obawiającej się stale o losy wcielonych do Rosji pięciu guberni (powstały z polskich Kresów Wschodnich). O los tych ziem wyrażali swoje zaniepokojenie także szlacheccy rewolucjoniści rosyjscy (dekabryści), odmawiający Polsce wszelkich do nich praw. Śmiesznie zatem brzmią słowa lewicowej tromtadrackiej propagandy o internacjonalistycznej solidarności spiskowców polsko–rosyjskich. Natomiast prawdą jest, iż zamiast szukać sprzymierzeńcy w monarsze, szukaliśmy go tam, gdzie nie można go było znaleźć.

Kolejnym następstwem rewolucji listopadowej była masowa emigracja „kwiatu młodzieży polskiej”, szeregowców, oficerów i inteligencji. Gros polskiej emigracji znalazło się we Francji. Emigracja polska chcąc nie chcąc musiała w końcu wtopić się w obce narodowościowo społeczeństwa, w których się znalazła – kiedy to miało nastąpić, pozostawało tylko kwestią czasu. Po latach może zostały tylko rodzinne pamiątki o dziadku emigrancie polskim i nutka sympatii dla Polski – to wszystko. Polskę natomiast opuścili w większości przypadków – na zawsze! – bardzo rzutcy, przedsiębiorczy, a także ofiarni i patriotyczni Polacy.


Po upadku powstania Królestwo zostało obciążone ogromną kontrybucją. Zniesiono koronację na króla polskiego (którą odbył Mikołaj I w Warszawie w 1829 r. jeszcze przed powstaniem), a także polskie przedstawicielstwo narodowe – sejm. Zlikwidowano polskie wojsko, wprowadzając do Królestwa na stałe stutysięczną armię rosyjską. Żołnierzy polskich wcielano do armii rosyjskiej, wysyłając ich w głąb Rosji – na Kaukaz, a nawet Syberię. Dzieci poległych Polaków i emigrantów wcielono do tzw. batalionów dziecięcych, które rozmieszczono w głębi Rosji (skazując je tym samym na wynarodowienie).


Przystąpiono do ostatecznej likwidacji odrębności Królestwa Polskiego:

1832 r. – wprowadzono granicę celną między Królestwem i Rosją, której zniesienie wcześniej (w 1822 r.) wywalczył Książę Minister Drucki–Lubecki. W ten sposób zahamowany został m.in.rozwój przemysłu włókienniczo–tekstylnego w Królestwie (zniesiono ją dopiero w 1851 r.);

1837 r. – zamiast polskich województw wprowadzono rosyjskie gubernie;

1839 r. – narzucono język rosyjski polskiej Radzie Stanu (zamiast dotychczasowego francuskiego). Szkolnictwo polskie bezpośrednio podporządkowano ministerstwu rosyjskiemu w Petersburgu;

1841 r. – zniesiono polską Radę Stanu, wprowadzając rosyjski system monetarny, wagi i miary;

1847 r. – wprowadzono rosyjski kodeks karny.

Począwszy od 1832 r. poddano Królestwo represjom także w sferze kulturalnej. Zlikwidowano Uniwersytet Warszawski oraz ograniczono liczbę szkół średnich, a nawet elementarnych. Cel był wyraźny: nie pozwolić na rozwijanie się świadomości narodowej wśród Polaków – im mniej inteligencji, tym lepiej. Dziwnie więc w tym kontekście brzmią słowa apologetów naszych nieudanych powstań o zachowaniu dzięki nim naszej świadomości narodowej, kultury i języka polskiego.

Wykorzenienie polskości stało się celem polityki rosyjskiej zwłaszcza w odniesieniu do ziem „spornych” (nasze Kresy Wschodnie). I trzeba tutaj podkreślić, że ta bezwzględna polityka przyniosła efekty: Polska skurczyła się o dwie trzecie swojego pierwotnego obszaru (z czasów I Rzeczpospolitej)! Został brutalnie powstrzymany proces dobrowolnej polonizacji Litwinów i Rusinów.

Amnestia, która obowiązywała na terenie Królestwie, nie objęła wcielonych guberni do Rosji – polscy uczestnicy walk z Rosją nie mogli więc powrócić do swych domów (pozostawała przymusowa emigracja). Skonfiskowano ok. 3 tys. majątków. Szlachtę (zwłaszcza drobną i zaściankową) pozbawiano szlachectwa, wcielając następnie do armii rosyjskiej na wieloletnią służbę. Pod pozorem poprawy bytu materialnego Polaków (szlachty polskiej) zesłano (na mocy tajnego rozkazu Mikołaja I z r. 1831) z guberni litewsko–ruskich blisko 45 000 rodzin – w stepy czarnomorskie, besarabskie, nadwołżańskie i nadkubańskie. W sumie 90 000 polskich rodzin – w ramach represji popowstaniowych – zostało przymusowo przesiedlonych w głąb Rosji i na Syberię.

Represjom poddano także Kościół katolicki na Litwie i Rusi, likwidując m.in. kościelną własność ziemską (przyznano duchowieństwu pensje państwowe). W latach 1832–1843 zamknięto 2/3 domów zakonnych. Zakazano przechodzenia z prawosławia na katolicyzm; dzieci ze związków mieszanych katolicko–prawosławnych miały był wychowywane w „wierze ruskiej”, tj. prawosławnej. W 1839 r. zlikwidowano Kościół unicki. Prawosławni Polacy zostali przeważnie Rosjanami.


Szkoły polskie wszystkich szczebli zostały zlikwidowane: zamknięto Uniwersytet Wileński, Liceum Krzemienieckie i wszystkie polskie gimnazja. W głąb Rosji wywieziono cenne zbiory biblioteczne. Cenzura zabraniała czytać dzieł polskich autorów przebywających na emigracji. W celu wychowywania poddanych cara w duchu państwowym władze rosyjskie utworzyły uniwersytet w Kijowie.

Żywioł polski stracił swą dotychczasową rolę przywódczą na Wschodzie (Litwie i Rusi). Rząd rosyjski zrezygnował ze stosowanej dotychczas polityki współpracy z polską szlachtą. Być Polakiem oznaczało odtąd być skazanym na wywózkę bądź wynarodowienie. Zahamowany został pochód cywilizacyjny Polski na Wschód, a polskość tam istniejąca od czasów I Rzeczpospolitej, wymierała.

Skonfiskowano ok. 10 procent polskiej własności ziemskiej, którą zagarnęli rosyjscy dygnitarze oraz generalicja zasłużona w tłumieniu powstania. Spełniły się wreszcie żądania rosyjskiej generalicji i dygnitarzy – przy naszym udziale.

Konfiskaty majątków wystąpiły także w Wielkim Księstwie Poznańskim, gdzie naczelny prezes, Edward Flotwell, rozpoczął nowy okres intensywnej germanizacji: Polaków walczących w powstaniu wydał Rosjanom, a ziemie ich skonfiskował.

W 1832 r. usunięto język polski z administracji.

W 1832 i 1834 r. ukrócono używanie języka polskiego w szkołach i usunięto z sądownictwa; zamykano polskie teatry.

Od 1831 rząd odebrał właścicielom ziemskim uprawnienia policyjne oraz prawo wyboru landratów, a w 1836 r. – burmistrzów i wójtów.

Instytucje kredytowe z rozkazu rządu odmówiły szlachcie polskiej kredytów (bankructwo własności ziemskiej – znikła całkowicie na Mazurach, a podkopana została na Pomorzu i w Poznańskiem).

13 III 1833 r. – korzystając z chwili – na podstawie decyzji ministerialnej przeznaczono na fundusz kolonizacyjny milion talarów dla wykupywania ziemi polskiej (większych dóbr) i kolonizowania ich Niemcami. Rząd sprowadzał kolonistów niemieckich, natomiast polskich rekrutów, by oderwać ich od stron ojczystych, wysyłał w głąb Niemiec. Z Niemiec sprowadzano też nauczycieli. Rząd pruski popierał zwłaszcza szkoły protestanckie oraz małżeństwa mieszane.

Trudno doprawdy w tym wszystkim znaleźć zbawienne dobrodziejstwa naszego kolejnego nieudanego zrywu przeciwko Rosji. Z tego nawet tylko punktu widzenia skazana z góry na niepowodzenie „akademicka burda” (jak ją nazwał gen. J. Chłopicki), jawi się jako zbrodnia przeciwko polskości, choć wykluczyć przecież nie można, że była zbawieniem dla ruchu rewolucyjnego w zachodniej Europie.


BRONIĘ WIELOPOLSKIEGO




Wielopolski z pewnością nie należy do grona polskich bohaterów „demokratycznych” w rodzaju Kościuszki czy Piłsudskiego. Nie leży na Wawelu – wśród królów, jak tamci. Nie ma go wśród bohaterów narodowych. „Naród” bowiem widział w nim „zdrajcę”, który paktował ze śmiertelnym wrogiem – Rosją. Z wrogiem, z którym należało się bić aż do ostatniej kropli z żył – choćby z kosą na sztorc postawioną, myśliwską strzelbą czy sztyletem w ręku...

Nienawidzili go zwłaszcza rewolucyjni kauzyperdzi, znaczący naszą historię pasmem kolejno następujących po sobie klęsk... Nienawidzili go, bo paktując z Rosją uniemożliwiał im działanie. Oni żyli rewolucją i dla rewolucji (polskiej). Żyli rozbudzaniem nienawiści do Rosji i ciągłym jątrzeniem. Tymczasem owocna działalność Wielopolskiego poddawała w wątpliwość sens ich wysiłków. Nic dziwnego, że chcieli go wielokrotnie – skrytobójczo zamordować...

Nienawidzili go rosyjscy germanofile, bo zbliżając Królestwo do Rosji poddawał tym razem w wątpliwość sens rosyjsko–pruskiego przymierza... Podobnie jak polscy wrogowie nazywali go dumnym i pysznym – mawiali gordyj, kiczliwyj Lach...

Wielopolski niepokoił poważnie i pruskich polityków, jak np. Bismarcka, widzących w sojuszu z Rosją (przeciwko Polsce) rację bytu swojego państwa. Wielopolski stanowił poważne zagrożenie dla tej „przyjaźni” między dwoma czarnymi orłami. (Stałym kanonem pruskiej polityki było antagonizowanie Polaków i Rosjan. Już Fryderyk II pisał do posła pruskiego w Warszawie: „Gdy Rosja jest niezadowolona z Polaków, to nam to może tylko dogadzać... Życzyć więc bardzo należy, aby tam u was ludzie robili wszystkie możliwe głupstwa, aby drażnili Rosję i ściągali na siebie jej zły humor”.) Miał więc Wielopolski wielu wrogów, zbyt wielu. Nawet szlachta nie poszła za nim, choć przedstawiano go jako orędownika i obrońcę wyłącznie szlacheckich interesów.

Koncepcja Wielopolskiego nie była jednak ani klasowa, ani zdradziecko–antynarodowa. Była najlepszą z możliwych – w interesie Polski. Tylko że nikt prawie nie wierzył, że taką jest ona w istocie. Gdyby wierzono – pozwolono by mu działać. Trudno bowiem wyjaśnić tę wrogość do Margrabiego wyłącznie awersją do jego osoby – „Ropuchy” i „Dzika”, jak najłagodniej zwała go opozycyjna, „czerwona prasa”.

Wielopolski był jednym z nielicznych dojrzałych „Królewiaków” w gronie dzieciarni politycznej Królestwa. Jednym z nielicznych, który myślał o Polsce, miast powodować się wyłącznie bezmyślnymi uczuciami. Odrzucał rewolucję i pajdokrację, podczas gdy wielu Polaków łączyło sprawę Polski z rewolucją właśnie – szło pod komendę młokosów. Kiedy ulica chciała mieć wolność natychmiast, Wielopolski wiedział, że to niemożliwe. Ulica nienawidziła Rosji, manifestacyjnie ją drażniła, tymczasem Margrabia nie miał sentymentalnego stosunku do państwa carów (nie znał nawet rosyjskiego), nie powodowały nim żadne antyrosyjskie fobie i resentymenty; wiedział natomiast, że drażnienie i prowokowanie Rosji nie leży w polskim interesie.

Paradoksalnie ów „kolaborant” i „zdrajca” w ciągu zaledwie dwuletniej działalności dał Polsce więcej niż wszystkie zrywy przeciwko Rosji razem wzięte.

Dziś, kiedy opadły już emocje powinniśmy wreszcie wznieść się do sposobu rozumowania Margrabiego Wielopolskiego i tych wszystkich, o których mówił Paweł Popiel, że „czasami jakoby stają po stronie ciemiężcy i dla dobra ojczyzny wydają się jej odstępcami...”. Politykę, podobnie jak i inne sfery ludzkiej działalności, winniśmy oceniać po owocach. Do sławetnej branki, która była ostatnim doniosłym posunięciem Wielopolskiego, owoce jego działalności były nadzwyczaj zdrowe i krzepiące. Niestety, owoce te zepsuła rewolucja – pogrzebała ona sprawę polską na dziesięciolecia. Wraz z upadkiem Wielopolskiego przegrała i Polska. Wybuchło powstanie, o którym pisał później jeden z jego uczestników, Jan Łukasz Borkowski, twierdząc, że „w historii ludów wszystkie nieszczęścia mają swoją ciągłość. Jedna katastrofa wypływa z drugiej i sądzę, że powstanie nasze z roku 1863 – tyle dla nas smutne w następstwa, w historii ogólnej jest dużego znaczenia. Od niego zaczyna się wielkość Niemiec, bo powstanie nasze ułatwiło wojnę i zwycięstwom Szlezwiku – czego następstwem były: Sadowa, Sedan...” (zob. „Spiskowcy i partyzanci 1863 roku”, pod red. S. Kieniewicza, Warszawa 1967, s. 173).

„Zyskiwał tedy Bismarck na powstaniu styczniowym, że pomiędzy Polską a Rosją wykopał przepaść, że Polska i Rosja nie pogodzą się i nie zwrócą się razem przeciw Prusom; zyskiwał dalej, że Prusy, bezpieczne od Polski i Rosji, będą mieć wolną rękę przeciw Austrii i Francji” (Feliks Koneczny, „Święci w dziejach narodu polskiego”, Warszawa 1997, s. 601–602).


***

W kolejną rocznicę powstania styczniowego nie zapomnijmy i o Margrabim Wielopolskim – czcząc m.in. pamięć bohaterskiego straceńca Traugutta – pochylmy czoła przed tym, co w nim było wielkie. Nie po to jednak by go brązowić, albowiem w działaniu, pomimo dobrych intencji, Wielopolski się nie sprawdził i jako polityk nie może być wzorem do naśladowania dla potomnych. Nie znaczy to wcale, że rację mieli powstańczy kauzyperdzi i ich należałoby naśladować. Wręcz przeciwnie – tam nie było żadnej myśli – poza niewątpliwą gotowością do ofiar i bohaterstwem godnym najwyższej pochwały. Rzecz w tym, by polski heroizm miał i polityczne zastosowanie – w naszym interesie. W przeciwnym wypadku zawsze to będzie heroizm dla polskiej sprawy nieużyteczny, zmarnowany, a wręcz szkodliwy.

Musimy nade wszystko przerwać wreszcie tę głupią manię czczenia wszelkich klęsk narodowych z jednoczesnym zohydzaniem takich ludzi jak Wielopolski. Gdyż to nie oni robili wszystko, by z Polski uczynić rosyjską gubernię. To nie oni krzyczeli o niepodległości kraju, topiąc jednocześnie wszelkie nadzieje na nią w morzu polskiej krwi. Mimo to – tych, którzy sprowadzili na kraj te wszystkie nieszczęścia, i niespotykaną dotąd niewolę, uważa się za bohaterów narodowych – wskazuje młodzieży jako wzór do naśladowania.

Swego czasu Jerzy Łojek, zdecydowany krytyk „kolaboranta Wielopolskiego”, nawoływał, a było to już ponad czterdzieści lat temu, by „wybrać raz na zawsze, konkretnie, zdecydowanie i konsekwentnie, do jakich tradycji historycznych nawiązujemy, jakie idee kontynuujemy, za czyich spadkobierców się uważamy”. Sam proponował Jasińskich, Łukasińskich, Dembowskich, Kamieńskich, Dąbrowskiego i Traugutta wreszcie. Dla Stanisława Augusta, Wielopolskich, Dmowskich, Bocheńskich nie było już miejsca w łojkowej tradycji historycznej – mieli być wyrzuceni poza jej nawias – jako przedstawiciele polskiej „reakcji” i „quislingizmu”. Z taką rewolucyjną wizją naszej historii – wszyscy zdrowo myślący – zgodzić się nie mogą. Chcemy czerpać z naszych „tradycji powstańczych – jak mawiał Aleksander Bocheński – tylko bohaterstwo i zdolność do bezgranicznych ofiar, bez której to zdolności nie może być żadnej polityki w ogóle. Odrzucamy „namiętne” (...) planowanie polityczne, i tu wybieramy tradycje zimnej, ostrożnej, odpowiedzialnej i dalekosiężnej kalkulacji politycznej Czartoryskich, Poniatowskich, Lubeckich, Wielopolskich, Gołuchowskich i Dmowskich”. Synkretyzm taki, jaki zaproponował autor „Dziejów głupoty w Polsce”, może nam wyjść tylko na dobre.


APOLOGIA NIEUDANYCH POWSTAŃ




Swego czasu w wieczornej audycji Radia Maryja (24 stycznia 1998 r.) wziął udział profesor Ryszard Bender z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który jest znanym i wybitnym znawcą powstania styczniowego. W audycji, o której mowa, profesor podzielił się z radiosłuchaczami swą rozległą wiedzą na temat ostatniego zrywu niepodległościowego przeciwko Rosji w XIX wieku. Jeśli chodzi o mnie bardzo się rozczarowałem, kiedy wielce szacowny pan profesor odpowiadając na pytania słuchaczy Radia Maryja, zaczął wygłaszać apologię naszych zrywów powstańczych. Bez względu na to, czy były to powstania udane, czy też nie. Przypomniały mi się bowiem słowa Aleksandra Bocheńskiego, który twierdził, że: „Błąd historyków i pisarzy głoszących niezbędność powstań dla istnienia narodu, a więc i ich gloryfikację, polega na tym, że najzupełniej pomijają oni spiżowe prawo (...) polskiego wychowania narodowego. Brzmi ono tak: inne są obowiązki obywatela i żołnierza walczącego o swój kraj, inne wodza kierującego armią, a jeszcze inne polityka, gdy ma decydować o wojnie lub pokoju”. Owo spiżowe prawo było znane i Dmowskiemu, który, nie nazywając go po imieniu, wskazał w swym wiekopomnym dziele „Polityka polska i odbudowanie państwa”. Prawo to było i jest, jak widać na przykładzie profesora Bendera, zupełnie lekceważone przez historyków – apologetów naszych nieudanych powstań. Podkreślam nieudanych, ponieważ krytycy naszych powstań na ogół nie są przeciwnikami wszelkich akcji zbrojnych. Sprzeciwiają się jednak zdecydowanie tym powstaniom, które zupełnie zlekceważyły sobie siły wroga i nie dopuściły nawet myśli o chłodnej kalkulacji (np. powstanie styczniowe).

Historycy – apologeci zrywów pomijają milczeniem – co jest karygodne ze strony tych, którzy winni są narodowi poznanie pełnej prawdy historycznej – wiek przywódców polskich powstań, a zwłaszcza styczniowego. Nasze irredenty przeciwko Rosji były wywołane przez młodzież (bez względu na czas i miejsce zawsze chętną do bitki i wypitki) tego nie wolno nam zapominać! Młodzież ta swój nadmiar energii musiała w jakiś sposób wyładować: w okresie zaborów biorąc udział w konspiracji i stając na czele zbrojnych zrywów (nb. bez należytego uzbrojenia i fachowego dowództwa); w czasie poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego to właśnie młodzi ludzie brali najaktywniejszy udział w rozruchach, niestety, często dla zwykłej draki, a nie z patriotycznych pobudek, jakby chcieli niektórzy, rzucali kostkami brukowymi w funkcjonariuszy ZOMO; a obecnie młodzież wyżywa się w burdach ulicznych jako kibole–szalikowcy (ci apolityczni) bądź w spektakularnych, ale zawsze kontrowersyjnych, wyczynach Ligi Republikańskiej. Nie chcę obrażać aktywistów Ligi, zestawiając ich działania ze zwykłymi chuliganami, chcę powiedzieć, że młodzi potrzebują przede wszystkim „czynu”, a tak naprawdę ideologia ma drugorzędne znaczenie. Dlatego tak dużą popularnością cieszyły się zawsze wśród młodych te ruchy i organizacje polityczne, które obiecywały możliwość rychłego „czynu” – walki zbrojnej. Dynamiczni, ale niedowarzeni Polacy narzucali reszcie społeczeństwa powstania ze wszystkimi ich konsekwencjami. Samobójcze działania młokosów znalazły w końcu swych obrońców, a później gloryfikatorów wśród poważnych profesorów... Tak następuje upadek myśli kosztem uczuć. Naród zamiast prawdą historyczną zaczyna posiłkować się niebezpiecznymi dla jego przyszłości fantazjami. Akty samobójstwa zostają podniesione do rangi tych, które uratowały nas przed utratą tożsamości narodowej (sic!). Profesor Bender powołał się na przykład Żydów, którzy, działając zwykle organicznie, szczycą się swym powstaniem w getcie warszawskim. „Gdy nie ma innej sytuacji – mówił profesor – trzeba się bić. I to nawet najbardziej handlowy naród potrafił zrozumieć.

A nam się teraz postponuje nasze zrywy powstańcze, które pozwoliły nam zachować tożsamość, nasz język...”. Zgadzam się w pełni z profesorem Benderem, że gdy „nie ma innej sytuacji, trzeba się bić”, ale pod tym tylko warunkiem! Żydzi z getta warszawskiego stali przed nieuniknionym wyrokiem śmierci – getto miało być zlikwidowane. Zbrojna akcja Żydów przy pomocy Polaków była aktem samobójczym, ale samobójcy, który był przekonany, że i tak zostanie na nim wkrótce wykonany wyrok śmierci. Podobny charakter miała polska partyzantka na Zamojszczyźnie, gdzie Polacy, po zdobyciu zupełnie pewnych informacji o mającej ich spotkać hekatombie, chwycili za broń.
Te zbrojne wystąpienie poparł również tak konsekwentny przeciwnik naszych zrywów powstańczych, jak Aleksander Bocheński („Dzieje głupoty w Polsce”). Sprawa cała bowiem w tym, że rzeczywiście były to sytuacje bez innego racjonalnego wyjścia, jak chwycenie za broń. Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja przed powstaniem listopadowym i styczniowym. Pierwsze wybuchło w imię internacjonalizmu, gdzie górę nad interesem narodowym polskim wziął interes międzynarodowej rewolucji. „Powstanie listopadowe zrodziło się – jak pisze Stefan Kieniewicz1 – na fali dążeń rewolucyjnych, które objęły większą część Europy. We Francji, Belgii, Niemczech i Włoszech wiedziano, że Polacy stawiając czoło caratowi udaremnili zbrojną interwencję rosyjską...”. (Nawiasem mówiąc nasi przodkowie byli mało konsekwentni, trzeba to przyznać, nie chcieli iść z carem przeciwko rewolucjonistom belgijskim i francuskim walczącym o „swą wolność”, ale wcześniej bez szemrania tłumili ruchy wolnościowe pod rozkazami cesarza Francuzów: we Włoszech, Hiszpanii, a nawet na Haiti, walcząc tam z Murzynami). Czy w 1830 r. było inne wyjście, czy mogło się obejść bez powstania? Oczywiście, że tak, gdyby fala rewolucji nie porwała nas do niepotrzebnej wojny. Byli oczywiście tacy, którzy próbowali się jej, niestety bezskutecznie, przeciwstawić. Swój opór przypłacili życiem polscy generałowie: M. Hauke, T. Siemiątkowski, J. Nowicki, S. Potocki, I. Blumer, S. Trębicki i pułkownik F. Meciszewski2.


1 Historia Polski 1795 – 1918, Warszawa 1997, s. 109.
2 Pisał o tym w Myśli Polskiej Konrad Rękas z 4 – 11 stycznia 1998.


Drugie nasze powstanie – styczniowe też nie musiało wybuchnąć, gdyby ówczesne społeczeństwo polskie poparło margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, a nie rzucało mu kłód pod nogi. Wielopolski stopniowo przywracał Królestwu polski charakter w szkolnictwie i urzędach. Znów jednak szalę przeciążyła sofistyka (piękne mowy) rewolucyjnych kauzyperdów sprawy polskiej. Społeczeństwo polskie odrzuciło całkiem realną drogę pokojową, wybierając całkowicie nierealne, bo z góry skazane na klęskę, powstanie.

Sprawa zachowania narodowej tożsamości dzięki powstaniom też wymagałaby omówienia. Naturalną reakcją władz rosyjskich na nasze powstania był ucisk narodowy: zakazano nam mówić, a nawet myśleć po polsku. Jeśli wzrost analfabetyzmu, brak polskich szkół, polskich urzędów, prześladowania Kościoła – jeżeli to wszystko miałoby służyć zachowaniu naszej narodowej tożsamości, jak twierdzą nasi apologeci powstań – m.in. prof. Bender, to ja się z tym zupełnie nie zgadzam. Uważam to stanowisko za zupełnie nieuzasadnione, a wręcz fałszywe. Wspomniany już Aleksander Bocheński w swoich „Dziejach głupoty w Polsce” (s.39), pisze: „Narodowi, który znajduje się w trudnym położeniu geopolitycznym, prawda może tylko pomóc, a nic w dziejopisarstwie prócz fałszu nie może zaszkodzić”. Biorąc pod uwagę tę myśl, sądzę, że gloryfikatorzy naszych nieudanych zrywów niepodległościowych, jak np. prof. Ryszard Bender, więcej robią szkody aniżeli pożytku. Choć oni sami są święcie przekonani, że ich fantazjowanie dla narodu jest zbawienne.


***


Staje przed nami kolejne zagadnienie: czy rzeczywiście nasze zrywy powstańcze zbliżały nas do niepodległości, czy wręcz przeciwnie od niepodległości nas oddalały? Mówimy tutaj o powstaniach nieudanych: źle przygotowanych, bez kalkulacji sił własnych i wroga, wywołanych w nieodpowiednim momencie, nienależycie prowadzonych.

Według niepoprawnych romantyków prostą konsekwencją (nieudanych) powstań było odzyskanie niepodległości przez Polskę (sic!). To tak jakby ktoś powiedział, że oblane egzaminy w czasie studiów doprowadziły w rezultacie do ich ukończenia i do obrony pracy magisterskiej. Wiadomo, że oblane egzaminy nie tylko opóźniają magisterium, ale w wielu wypadkach mogą nas nawet zdyskwalifikować jako studentów. Tej pewności już nie ma, kiedy zaczynamy mówić o naszych przegranych powstaniach. Jak się okazuje, sofistyka może wiele zdziałać na tym wdzięcznym polu. Są tacy jeszcze (i wcale niemało!), którzy wierzą w magiczną moc naszych klęsk i ofiar. Zgadzamy się, że powstania były widocznym dowodem patriotyzmu, tego nikt nie neguje. Każdy naród, który chce żyć i rozwijać się, musi być zdolny do ofiar i poświęceń. Trzeba jednak zawsze mieć przed oczyma trzy kardynalne czynniki, które muszą być brane pod uwagę i oszacowywane: siły własne i siły wroga – dołączając siły naszych ewentualnych sojuszników. Jeśli rachunek strat przewyższa rachunek zysków to szkoda naszej krwi i dobrobytu (choćby nie był najwyższej miary). Nieudane powstania zawsze przynosiły ogromne straty w stanie posiadania naszego narodu, tego faktu nie zmieni żadna sofistyka. Czy straty w tej materii mogą być zrekompensowane w imponderabiliach? Czy wreszcie imponderabilia zastąpią bogactwo materialne niezbędne do utrzymania niepodległości kraju? Książę Drucki–Lubecki mawiał słusznie, że Polsce potrzeba bogactwa dla utrzymania niepodległości. Naród, który chce naprawdę być narodem wolnym i niepodległym, nie może sobie lekceważyć zagadnień materialnych, swego dobrobytu; by nie ziściły się słowa poety (S. Pigoń), że na jedzenie nas, jak wróble, wyłapie postronny nieprzyjaciel.

Z drugiej strony – nie powinien zaniedbywać spraw ducha. Nasze przegrane wojny powstańcze, niestety, nie robiły z nas bogaczy, wręcz przeciwnie. Czy wzbogaciły naszego ducha? Niewątpliwie dowiodły o gotowości do ofiar – to dużo, ale za mało, by zrekompensować straty, jakie spowodowały (również te w dziedzinie ducha): po ostatnim nieudanym powstaniu zapanowała wśród Polaków niewiara we własne siły – „choroba niemożności”. Udało się nam ostatecznie uleczyć z tej choroby, gdy Wielkopolska dowiodła, że można wygrać dla Polski powstanie, trzeba jednak wiedzieć (poza wymienionymi już wcześniej czynnikami): kiedy.

W powszechnej opinii jednak pokutuje dotąd przekonanie, że „niepodległa Polska powstała jako skutek tego niepoczytalnego romantyzmu, który prowadzi od Racławic i rzezi Pragi, poprzez oba powstania, do szubienic Murawiewa i katorgi sybirskiej” wbrew „rozumowanej polityce ugody” (Gawroński). Przekonanie takie żywi wielu Polaków; źle widziane są poglądy przeciwstawiające się temu „ustalonemu obrazowi przeszłości” (J. Łojek). To tak samo, jakby w Japonii dominował pogląd, który reprezentowaliby zwolennicy samobójczych ataków kamikaze – aż do samego końca. Gdyby Japonia poszła ich drogą, czyli „niepoczytalnej walki o honor i niepodległość narodu”, a nie drogą „rozumowanej ugody”, nie byłoby dziś mowy o sukcesach ekonomicznych i, co za tym idzie, politycznych tego państwa. Nie byłoby też potęgi Prus, gdyby to państwo początkowo, tj. w okresie przewagi Rzeczypospolitej, nie prowadziło polityki nie tylko ugodowej, ale wręcz hołdowniczej w stosunku do królów Polski. Prusy powoli, acz konsekwentnie, z wasala Rzeczypospolitej stały się jej głównym rozbiorcą i zaborcą. Jak widzimy „polityką ugody” można wiele zdziałać, lecz my wolimy być „mistrzami w efektownym umieraniu”, jak ów Spartanin, kiedy dostał się w niewolę, wybrał śmierć, i... z rozbiegu roztrzaskał sobie czaszkę.

Polscy zwolennicy „niepoczytalnego romantyzmu” w polityce zwracają zbyt małą uwagę na cały kontekst międzynarodowy, w jakim znalazł się naród polski w latach poprzedzających odzyskanie niepodległości. Momentem o kapitalnym znaczeniu był rozpad sojuszu trzech zaborców, petryfikowany dotąd przez nasze nieprzemyślane zrywy powstańcze. Odpowiedź na pytanie: czy do takiej koniunktury międzynarodowej zbliżała nas polityka „niepoczytalnego romantyzmu”, czy nas od niej oddalała, narzuca się nam sama.

Reasumując: „polityka ugody” nie cieszyła się u nas, i nie cieszy, dobrą sławą; nie ma dla niej zrozumienia. Wolimy politykierów prowadzących naród do zbiorowych samobójstw, niż polityków, którzy chcą nas przed tym uchronić. Trudno więc się dziwić, że na Zachodzie i Wschodzie zyskaliśmy sobie opinię ludzi niepoczytalnych; bezmózgowej hołoty, którą łatwo można wykorzystać, zwłaszcza przeciwko Rosji, jeśli wymaga tego interes jakiegoś wrogiego jej mocarstwa.



WRZESIEŃ 1939 ROKU: ZGUBNE SKUTKI NARODOWEJ NAIWNOŚCI




„Jeżeli zamierzasz pozbawić władcę lub lud jakiejkolwiek ochoty do rokowań pokojowych, to cel twój osiągniesz najpewniej wtedy, gdy namówisz ich do wyrządzenia jakiejś okrutnej zniewagi temu, z którym chcieliby, wbrew twojej woli, rokować...”.

Mikołaj Machiavelli

„Nie ustępować w niczym. To jest najmniejsza Polska, jaka się może ostać”.

Józef Piłsudski



Czy nasza polska „wyrazistość” – „impulsywnych zapaleńców” i „niepoczytalnych romantyków” to istotnie powód do dumy narodowej? Czy jest może dowodem niedojrzałości cywilizacyjno–kulturowej? Czy rezygnacja z walki w obliczu zagłady elity narodu oznaczać może tylko wieczną hańbę? Czy dowodzi raczej przewidującego realizmu przywódców narodu? Niewątpliwie kolejne rocznice Września przywołują takie pytania i refleksje.

Etiopczycy Europy


Rozważania nasze zacznijmy od dziedziny militarnej. Na tym polu niestety II Rzeczpospolita przedstawiała sobą obraz bojowego anachronizmu (z udoskonaloną organizacją z 1920 roku). Wielu autorów, także oficerów armii sanacyjnej (m.in. śp. Stanisław Żochowski), stwierdza bez ogródek, że przed wybuchem II wojny światowej:

– nie mieliśmy nowoczesnej artylerii ciężkiej;
– broni pancernej;
– zmotoryzowanego transportu (transport na miarę XVII lub co najwyżej XVIII i początku wieku XIX – konny);
– nie mieliśmy należycie umocnionych granic (przygotowane na atak ze Wschodu wg koncepcji nieśmiertelnego Marszałka – na zachodzie w ogóle – nie wykończone!);
– lotnictwo polskie było liche;
– zapasy amunicji wystarczały tylko na dwa dni walk – do tego niewystarczająca jej produkcja (podobnie z produkcją broni).
„Bez decydującej wymowy cyfr nie ma prawdziwych ocen historycznych i nie ma prawdziwych faktów”, mawiał historyk Olgierd Górka. Przejdźmy więc do liczb. Stan sił na 1 września 1939 r. między Polską, Niemcami i ZSRR przedstawiał się następująco Według: A. L. Szcześniaka, Historia 1918–1939, Warszawa 1993, s. 191.:


WEHRMACHT
- WOJSKO POLSKIE - ARMIA CZERWONA
3,7 mln żołnierzy
- 0,95 mln żołnierzy - ok. 5,5 mln żołnierzy
32 255 szt.
artylerii i moździerzy - 6 503 szt. artylerii i moździerzy - ponad 50 tys. szt.
4 700
samolotów - 700 samolotów - 6500 do 8000 samolotów
3206 czołgów
- 786 czołgów - od 15 do 22 tys. czołgów
315 tys. ton
(marynarka wojenna) - 16 tys. ton (marynarka wojenna) - radziecka zbliżona tonażem do niemieckiej

Wywiad polski dysponował danymi na temat sił wroga. Dysproporcja była rażąca, pomimo to Beck zdecydował się na rozwiązanie siłowe, licząc na pomoc Zachodu, która jak wiadomo, nigdy nie nadeszła. Pomimo sojuszniczych umów z Francją i Anglią tak naprawdę Polska została zdradzona – jeszcze bardziej perfidnie niż Czechosłowacja. Czesi wiedząc doskonale o tym, że zostali przefrymarczeni przez Zachód – w imię (świętego) światowego (s)pokoju, postanowili ustąpić Hitlerowi, by nie skazywać własnego – nielicznego bądź co bądź narodu na zagładę. Ocalili w ten sposób substancję biologiczną narodu – nie wykrwawili się w nierównej walce z Niemcami, ocalili też własne – bezcenne dobra kultury. Nie była to postawa – wbrew temu, co się Czechom imputuje – tchórzliwego narodu bez honoru, ale działanie społeczeństwa myślącego realistycznie. Natomiast my zdobyliśmy się na nierówną walkę, która okazać się wkrótce miała tragiczną pomyłką. Ofiara ok. 200 tysięcy zabitych i rannych (we wrześniu 1939 r.) nie ocaliła naszego państwa od zagłady i od jarzma jeszcze straszniejszego niż czeskie. Co więcej losy obu słowiańskich narodów po wojnie potoczyły się zadziwiająco podobnie. Tak samo jak Polska, Czechosłowacja stała się państwem zdominowanym przez Sowiety (Stalina). Podobnie też w obu państwach pozbyto się mniejszości niemieckiej (Czesi wydalili z terytorium swojego kraju 3,5 mln Niemców z Sudetów).

Niestety, w takim położeniu w jakim się znajdowaliśmy byliśmy skazanymi na przegraną – Etiopczykami Europy. Sercem była z nami Francja, która jednak się nie chciała krwawić za Gdańsk, i Anglia – a nawet pozostające w ścisłym sojuszu z Niemcami Włochy!4 Warto przytoczyć w tym miejscu wypowiedź zięcia Duce, hrabiego Ciano, z 16 sierpnia 1939 roku, kiedy to spotkał na plaży polskiego ambasadora: „Mówię z nim – pisze hr. Ciano – w słowach bardzo ogólnych i doradzam mu umiarkowanie. Nasz radca w Warszawie donosi, że Polska będzie się bić do ostatniego żołnierza. Kościoły są pełne, modlą się do Boga i śpiewają pieśni: <Boże ratuj Zob. G. Ciano, Pamiętniki 1939–1943, Warszawa 1991, s. 106. naszą Ojczyznę>. Ci ludzie będą jutro zmasakrowani przez żelazo germańskie, choć są zupełnie niewinni...”. Wiedział coś na ten temat człowiek należący do elity państwa, które to samo zgotowało, broniącym swego honoru i dumy narodowej, Etiopczykom – przeciwstawiającym nowoczesnej broni swe oszczepy i nieliczne strzelby. Byliśmy co prawda w nieco lepszej sytuacji niż Etiopczycy, dysponowaliśmy kilkoma bombowcami i okrętami wojennymi, ale i hitlerowskie Niemcy, to nie były Włochy Mussoliniego – potęgą militarną wyraźnie je przewyższały. Piękne było przemówienie cesarza Etiopii Hajle Sellasje I na forum Ligi Narodów – nie mniej piękne niż naszego Becka o honorze w życiu narodów. Nie zmienia to jednak faktu, że idąc na zbrojną konfrontację z Niemcami – w tym czasie i położeniu – nie daliśmy dowodu „przewidującego realizmu”, ale jego całkowitego braku.

Nie zapominajmy też, że potem była ta „dziwna wojna” (brak jakichkolwiek akcji militarnych ze strony naszych zachodnich aliantów) podyktowana narodowo–państwowymi egoizmami naszych sojuszników. My natomiast zdobyliśmy się na postawę odwrotną – godną „Winkelrieda narodów”. Wzięliśmy na swoje ciało hitlerowskie „kopie”, ginąc w nierównej walce. Co prawda zwycięstwo nad Niemcami nastąpiło sześć lat później, ale czy było ono tak naprawdę nasze? Czy może raczej był to triumf tyrana Wschodu?

Czeski przykład



Niech mi więc wolno będzie – wbrew powszechnemu u nas przekonaniu – nie zgodzić się z opinią, że nie było innego wyjścia dla Polski, jak samobójcza walka z Niemcami we wrześniu 1939 r. – w imię honoru – „rzeczy, która – Józef Beck – w życiu ludzi, narodów i państw jest bezcenna”. Niebywały entuzjazm, ofiarność, patriotyczne manifestacje oraz hasła typu „silni, zwarci, gotowi” nie mogły niestety zmienić skrajnie niekorzystnego położenia geopolitycznego Polski (po zajęciu Czechosłowacji granice z Niemcami uległy dalszemu wydłużeniu). Nie mogły też zmienić skrajnie niekorzystnego dla nas stosunku sił!

A jak wyglądałaby „czeska” postawa 1 września 1939 roku? Oznaczałaby ni mniej, ni więcej tylko to, że jeśli Francuzi nie ruszyliby się jeszcze tego samego dnia (!) zza linii Maginota, uderzając na pozycje niemieckie na zachodzie, a Anglicy czyniąc to samo zza Kanału La Manche, to my ogłaszamy bezzwłocznie (jeszcze bez większych ofiar) akt bezwarunkowej kapitulacji, stwierdzając po prostu fakt, że zostaliśmy wystawieni do wiatru przez naszych sojuszników (bez eufemizmów – zostaliśmy przez nich zdradzeni).

Można więc było pójść drogą czeską – z pewnością mniej ofiarną i heroiczną niż nasza, polska, ale o ile bardziej realistyczną. Czesi za to samo, co stało się i naszym udziałem, zapłacili nieporównywalnie mniej. My jak zwykle przepłaciliśmy, uważając jak zwykle ten fakt za powód do dumy wobec siebie samych i świata. Nasi południowi sąsiedzi ocalili swój naród przed bezsensownymi ofiarami, nie marnowali swego niewątpliwego heroizmu – zupełnie inaczej jak my, którzy staliśmy się sumieniem, Winkelriedem i ofiarą całopalną Europy. Pomimo to Zachód wbrew naszym nadziejom przeszedł nad tym faktem do porządku dziennego, a u nas pozostała tylko gorzka gorycz porażki oraz zdziesiątkowane pokolenie zawiedzionych i sfrustrowanych patriotów. Przeceniliśmy nie tylko własne siły, ale nade wszystko dobre intencje naszych zachodnich sojuszników, słono za to płacąc – najpierw klęską wrześniową, a następnie zagładą stolicy i kwiatu narodu w warszawskim powstaniu...

Nauka naszego feralnego Września jest jedna i niezmienna. Sprowadza się ona do takiego oto stwierdzenia, że jeśli nasi sojusznicy nie wywiązują się ze swoich sojuszniczych zobowiązań – to my nie mamy obowiązku walczyć usque ad finem,aż do ostatniej kropli krwi – co więcej w ich raczej, a nie naszym interesie! Wizerunek martwych bohaterów, jaki zdobędziemy sobie w świecie, nie ma dla naszej sprawy jakiegokolwiek znaczenia. Naszym podstawowym zadaniem – zwłaszcza w chwilach światowego kataklizmu – jest przetrwać, zachować to, co najcenniejsze, nie honor samobójcy, ale życie narodu! Jarzmo może nie przynosi chwały, ale z pewnością nie powoduje tak wielkich strat i spustoszeń w narodowym organizmie jak hekatomba, która sprowadza jarzmo jeszcze nieznośniejsze dla niedobitków pozostałych przy życiu.


Beck ubrązowiony



Już wyświechtanym zanadto, lecz z gruntu fałszywym twierdzeniem jest to, które mówi, że nie było przed II Rzecząpospolitą innej drogi niż ta, jaką poprowadził nas wicepremier i minister spraw zagranicznych Józef Beck. W tym też kontekście nie może dziś dziwić brązowanie człowieka, który całkowicie świadomie zgotował Polsce wrześniową klęskę. Jakże nazbyt łatwo zapominamy o jego niewybaczalnych – z punktu widzenia polskich interesów narodowych – błędach. A takim już kardynalnym błędem jego polityki zagranicznej było odrzucenie czeskich propozycji wspólnego wystąpienia przeciwko Niemcom. Wbrew powszechnej, ale i megalomańskiej opinii nasi południowi sąsiedzi byli gotowi do walki z Hitlerem (zmobilizowali ok. 1,2 mln żołnierzy!). Dopiero ewidentna zdrada Zachodu sprawiła, że skapitulowali.

Dziś niektórzy apologeci Becka twierdzą, że Czechosłowacja wolała „konszachty z Moskwą od zgody z Warszawą”. Tymczasem to właśnie Benesz pisał do Mościckiego w sprawie pokojowej regulacji granicy czechosłowacko–polskiej (rewizja granicy dotycząca Zaolzia). Niestety, dopiero z perspektywy czasu widać, jak nasz nieszczęsny minister spraw zagranicznych dał się w iście makiaweliczny sposób wymanewrować Hitlerowi, decydując się na zbrojne zajęcie Zaolzia. Oczywiście Zaolzie nam się należało, ale czy swoją własność odbiera się do spółki z łotrem i bandytą? I czy wyczerpaliśmy wszelkie środki negocjacyjne z Czechami? Odpowiedź brzmi: nie. To też obciąża Becka. Pytanie, kto odniósł rzeczywiste korzyści z rozbioru Czechosłowacji, nie wymaga chyba odpowiedzi.

Gloryfikowany przez wielu historyków Józef Beck jako „przewidujący realista”, zupełnie nierealistycznie oceniał ówczesne Niemcy. Jego zdaniem Niemcy przyjęły wybuch wojny „z wyraźnym pesymizmem”; charakteryzował ich „brak wiary w zwycięstwo”. Natomiast jego propozycje: „bombardowania niemieckich obiektów wojskowych przez aliantów”, „przełamanie chociażby w paru punktach Linii Zygfryda”, „przedsięwzięcie chociażby małego desantu morskiego na wybrzeżu Niemiec” (wyjątki z depeszy Becka do polskiego ambasadora w Paryżu J. Łukasiewicza z 6 IX 1939 r.) – były jedynie chciejstwem, a nie „przewidującym realizmem”.

Beck niestety nie uratował naszego honoru, godności i wolności – zdecydowanie łatwiej to było deklarować. Natomiast zdecydował, że będziemy się „bić do ostatniego żołnierza” (pomysł, na który nigdy nie zdobyli się nawet sami Rzymianie!) – w obronie zagrożonego honoru – że będziemy „Winkelriedem narodów” – Europy i świata. We wrześniu 1939 nasza armia doznała sromotnej klęski (wg niektórych niepodległościowych publicystów: „klęska wrześniowa” to „idiotyczne” określenie ukute przez komunę, ludowców i endeków), straciliśmy i to, co posiadaliśmy. Świat przekonał się tylko o naszej słabości, co w niczym nam nie pomogło. Potem poszliśmy pod komendę obcych – na pierwsze linie frontów: pod Lenino i Monte Cassino... Nie żałowaliśmy potu, krwi i życia. Po zwycięstwie nad wspólnym wrogiem – w triumfalnym pochodzie zabrakło jednak naszych bohaterskich żołnierzy... I nikt nie wspomniał „Winkelrieda narodów” – dając upust swej pysze i bezmiernemu egoizmowi narodowo-państwowemu.


Dziś świat nie pamięta już wywodów Becka o honorze. Natomiast dzieci w zachodnioeuropejskich szkołach uczą się o Polsce w latach międzywojnia jako o państwie, które, obok Niemiec, Włoch i Węgier, „uprawiało agresję”. (Pisałem o tym w „Myśli Polskiej” w artykule „Polska w <Europejskim> podręczniku historii” nr 19/20 z 1995 r.). Na dodatek „uprawialiśmy agresję”, która tak jak nasz niewątpliwy heroizm, była po prostu zmarnowaną agresją.


Potrzeba realizmu!



Pomimo naszych heroicznych wysiłków na jakie się zdobywamy, nie potrafimy nawrócić świata na nasz, nie znający narodowego egoizmu, altruizm. W takim razie czy nie lepiej byłoby zapomnieć o roli Mesjasza – Winkelrieda – i nauczyć się od innych tego REALIZMU, który nam był zawsze obcy (za realistyczne uznajemy zazwyczaj to, co nim w rzeczywistości nie jest)? W przeciwnym razie w naszej mowie będzie stale pobrzmiewała ta zgorzkniała nutka rozgoryczenia do Zachodu, po którym próżno wypatrywać jakiejkolwiek wzajemności i wdzięczności.

Chyba najwyższa już pora zacząć myśleć w kategoriach, w jakich myśli cały świat zachodniej cywilizacji, by nauka Września i „dziwnej wojny”, a potem wszystkich tych konferencji o nas – bez nas, nie poszła na marne. Nie jesteśmy bowiem skazani na odgrywanie tragicznych ról, które z uporem Syzyfa powielamy z pokolenia na pokolenie... Podczas gdy inni wyczekują – w imię ekonomii krwi – my szarżujemy niczym nieustraszeni harcownicy. Owoce zwycięstwa zbierają jednak wodzowie sojuszniczych armii, przypatrujący się bitwie z oddali – czekający na właściwy moment do ataku. Tymczasem trupy naszych wojsk ścielą pobojowisko – nawet nie ma komu ich pochować. Niedobitki walczą bohatersko nadal – w imię zwycięstwa tych, którzy rachowali – odwrotnie niż my: mierzyli zamiar według sił... Czy więc nadal, z godną potępienia dezynwolturą i fantazją, będziemy trwonić energię, pot i krew – o życiu już nie wspominając – walcząc w imię przetrwania i wielkości innych w rytm melodii, którą nam przygrywają ich werble? Niestety nie znam na to pytanie odpowiedzi. Czytając jednak niektóre polskie czasopisma, dochodzę do wniosku, że nadal jesteśmy naiwnymi i niepoprawnymi politycznymi romantykami. Prawimy zwykle o wzniosłych ideałach, z poświęceniem walczymy o nie, zapominamy jednak o sobie, o naszych żywotnych sprawach. Coś za coś, zasada stara jak świat. W naszym wykonaniu wygląda jak coś za nic, niestety, tak ciągle. Czy bez końca?


Zamiast zakończenia


Polska nie była przygotowana do równej walki z Niemcami we wrześniu 1939 r. Hasło „silni, zwarci, gotowi” było oszukiwaniem narodu! Papierowe gwarancje, a jeszcze bardziej słowne zapewnienia, nie są żadnymi gwarancjami. Wiara w nie jest u nas, niestety, wciąż żywa (wszystkie te frazesy o sojuszu z USA, NATO, UE itd.). Nasze wojsko, a także starcy, kobiety i dzieci bezskutecznie wypatrywały sojuszniczych – francuskich i brytyjskich samolotów na naszym niebie. Tam ich nie było! Francuzi i Anglicy (nb. znakomici rachmistrze) rachowali. My poszliśmy do samobójczego ataku, krwawiliśmy skazani na klęskę. Nikt w Polsce nie wierzył w samodzielne zwycięstwo. Poza tym przeciwko sobie mieliśmy wszystkich sąsiadów, nie wyłączając Czechów i Litwinów. Bracia Węgrzy szli posłusznie za niemieckim rydwanem wojny.


Zachód wyczekiwał, ale wojna była nieunikniona – nawet bez naszego udziału. Plany Hitlera bowiem były wszechświatowe i ponadnarodowe – nie kończyły się na Polsce – mało tego nie kończyły się nawet na Oceanie Spokojnym czy zachodnich wybrzeżach Francji. Nie przeceniajmy więc naszej roli w tej wojnie. Byliśmy tylko kolejną ofiarą Hitlera w jego marszu do panowania nad światem. Ale tylko my wystąpiliśmy w roli Mesjasza – Winkelrieda narodów, choć inni dysponowali większymi siłami i środkami. Tylko polscy przywódcy polityczni – sanatorzy – nie rachowali jak inni – nie żałowali polskiej krwi (ale sami potrafili bez szwanku ujść z życiem). Przywódcy państw Zachodu potrafili oszczędzać życie i krew swoich rodaków. Skutki zmarnowanego heroizmu nie są do oszacowania (nie wystarczy tu liczba ofiar!), są długofalowe, trwają poprzez dziesiątki lat, przez stulecia. Zmarnowana agresja niesie ze sobą równie długofalowe skutki. Poza tym, jak wcześniej pisałem, „dziwna (to była) wojna” – de facto byliśmy sami – wynik był więc do przewidzenia.

Na wstępie zacytowałem Makiawela, który uczy, że jeśli idzie o ocalenie państwa wszystkie środki są dobre, zarówno te, które przynoszą chwałę, jak i te, które przynoszą hańbę – rzecz w tym, żeby je ocalić. Losy Polski – podobnie jak każdego innego państwa – zależne są m.in. od armii narodowej – jeśli każe się jej pójść do samobójczego ataku, to ona, znając męstwo i zdyscyplinowanie polskiego żołnierza, pójdzie! Ale i w ten nierozważny sposób utraci się własne państwo. II Rzeczpospolita tak naprawdę zginęła na polach Września. Przy czym egzamin z męstwa zdał polski szeregowy żołnierz i oficer – nie „hetman” Śmigły-Rydz, bo jako Naczelny Wódz Polskiej Armii wybrał ucieczkę, a nie bohaterską walkę do końca. To nie jest też przykład godny do naśladowania, jeśli mamy na myśli męstwo wojenne. Jeżeli więc jarzmo i hańba poniekąd może uratować Ojczyznę, czy należy się wahać przed pochyleniem karku (nie zapominając jednak o dalszej walce!)? Rzymianie – niegdysiejsi panowie świata – uważali, że nie. Gotowi byli poświęcić nawet swój honor (przechodząc, acz niechętnie, pod jarzmem) dla ratowania życia narodu i państwa. Polski minister spraw zagranicznych, Józef Beck, „poprawił” Rzymian i dał narodowi wrześniową klęskę, czym nawet u niektórych zasłużył sobie na pomnik!

Prawdziwym chyba jest stwierdzenie, że naród ma takich przywódców na jakich sobie zasłużył. Nasz ma „szczęście” do przebiegłych realistów, dbających wzorowo jedynie o własne, partykularne interesy, jednak jakoś dziecinnie naiwnych, czy może udających takich, jeśli idzie o sprawy publiczne – państwa i narodu.


AMISZE NEOPOGANIZMU


„Bogowie nie potrzebują ofiar, to ludzie potrzebują składać im ofiary”.

Salustiusz

„Nie sposób wejść dwa razy do tej samej rzeki”.

Heraklit z Efezu



Ruchy nawiązujące do wierzeń przedchrześcijańskich, choć wszędzie niezbyt liczne, są jednak coraz bardziej popularne w każdym niemal z państw Europy i Ameryki Północnej, także w naszym kraju. Mamy i w Polsce kilka nielicznych grup, próbujących nawiązywać do pogańskiej duchowości naszych słowiańskich przodków.

Problem jednak w tym, że z duchowości naszych pogańsko–słowiańskich przodków tak naprawdę niewiele pozostało. Mitologia właściwie nie przetrwała (poza nazwami niektórych plemiennych bóstw); nawet ruska księga Welesa okazała się zwykłym falsyfikatem... Prastare słowiańskie święta zostały całkowicie wchłonięte przez chrześcijańskie kościoły, które je schrystianizowały. Zniekształcając zresztą ich pierwotną, naturalistyczną formę, ponieważ ta nie zgadzała się z nową „moralnością chrześcijańską”. Współcześni neopoganie próbują co prawda zdechrystianizować słowiańską tradycję, ale odwzorowania drewnianych idoli plemiennych ze wczesnego średniowiecza ustawione na leśnych polanach podczas neopogańskich świąt, raczej nie przemawiają do ludzi epoki informacji. A o to chyba neopoganom nie chodzi. Żaden wyznawca nie chce, by jego wiara dla innych była martwa i utrzymywała się w bardzo wąskim kręgu wyznawców. Ekskluzywizm jest dobry chyba tylko dla jednego wyznania – mojżeszowego i jego wyznawców – żydów. Natomiast każda normalna, ponadplemienna i uniwersalistyczna, religia dąży do ekspansji. Taka jest natura każdej religii. Oczywiście można rekonstruować zniszczoną budowlę, ale tylko wówczas, kiedy mamy dokładne dane, mamy plany, jak ona wyglądała wcześniej, tj. przed totalnym zniszczeniem. Jeśli jednak nie mamy wszystkich danych, a jedynie blade pojęcie o tym, jak ona wyglądała, zdajemy się jedynie na radosną twórczość, a nie na wierny rekonstrukcjonizm. Wydaje się, że współcześni nasi rodzimowiercy nie zastanawiają się też nad tym, czy jej budowa w wiernej postaci – z tych samych materiałów oraz z zachowaniem tej samej technologii jak sprzed dwóch tysięcy lat – ma sens. Przywodzi to porównanie z amiszem, który z powodów religijnych nie akceptuje nowoczesnej techniki. Do bólu jest wierny swojej tradycji, nie uznaje postępu kulturowego i technologicznego ludzkości. Uparcie obstaje przy drewnianych konstrukcjach budowlanych, krytych strzechą, i tradycyjnym oświetleniu lampą naftową swego domostwa. Gdyby nie religijny dogmatyzm amisza wystarczyłoby doprowadzić prąd i oświetlić dom energią elektryczną. Ale okazuje się, że można i tak, jak amisze. Można założyć szatki wzorowane na tych sprzed dwóch tysięcy lat, w dłonie wziąć drewniane oszczepy bądź kamienne topory i udawać lub usiłować uwierzyć w to, w co wierzyli nasi – z całym szacunkiem – barbarzyńscy, prymitywni i niepiśmienni praprzodkowie. To jednak jest dość osobliwy folklor dla garstki pasjonatów historii. To jest zabawa. I tyle – nic więcej.

Dlatego bawią mnie te wszystkie neopogańskie, chciałoby się powiedzieć szopki, gdzieś w lasach, na polanie, i ci śmieszni młodociani kapłani z wielkomiejskich środowisk z poważnymi minami wzywający słowiańskich Bogów, recytujący agrarne litanie, dziękujący Bogom za obfite plony. Przypominają mi się bowiem w takich chwilach słowa Jana Stachniuka (zresztą w historiografii także określanego jako neopoganin), który w „Drodze rewolucji kulturowej w Polsce” pisał, iż
"wątek zerwany jest do nawiązania", ale "śmieszne jest odnawianie symboliki Swantewita, Swarożyca, itd. Kwestie bałwanów niech zostaną dla bałwanów. Chodzi o żywą więź tego samego stosunku do życia; ta jest wspólna". Chodzi o to, że od czasów wierzeń naszych słowiańskich praprzodków minęło już około dwóch tysięcy lat i dziś człowiekowi XXI wieku trudno jest uwierzyć – nawet przy najlepiej zorganizowanej sugestii oraz socjotechnice – w wartość drewnianych idoli; klękać oraz bić przed nimi pokłony na modłę katolicką.

Nowoczesna Europa czy neopogański skansen?



Powrót do naturalizmu, czy pogaństwa, naszych praprzodków nie może jednocześnie oznaczać kultywowania śmiesznego folkloru. Zgadzam się, że święta mają znaczenie. Określają naszą tożsamość; dają chwile radości, pogańskiego przesytu, ale także wytchnienia i refleksji. Moim zdaniem, jeśli mają być żywe i coraz powszechniej kultywowane, muszą być atrakcyjne dla współczesnego, myślącego racjonalnie, człowieka. Nie mogą natomiast przybierać postaci tych śmiesznych, pogańskich szopek, jak obecnie. To my, potrzebujemy składać ofiary – nie Bogowie, jak zauważył Salustiusz. Zatem składajmy je tak, by nie ośmieszać się w oczach innych i nas samych. Warto nad tym pracować; nasi rodzimowiercy powinni pamiętać o tym, iż zdrowy rekonstrukcjonizm musi uwzględniać także ducha czasu. Dziś możemy budować wspanialsze świątynie niż nasi pogańscy przodkowie sprzed dwóch tysięcy lat. Bogom – składać ofiary na miarę człowieka XXI wieku, a nie barbarzyńcy z epoki kamienia łupanego. Warto się rozejrzeć, by zauważyć, że współczesna Europa wygląda zupełnie inaczej niż w czasach Imperium Romanum. I kompletnym nieporozumieniem z punktu widzenia człowieka wierzącego jest rekonstruowanie strojów i barbarzyńskich obyczajów. Tak jakby czas zatrzymał się w miejscu. Pomimo chrześcijaństwa, ludzkości udało się pójść daleko naprzód w rozwoju kulturowym, w opanowywaniu żywiołów, nad którymi nasi praprzodkowie nie mieli jakiejkolwiek kontroli, dlatego też demonizowali je i oddawali im cześć.

Pytam więc: dlaczego przy tym całym zapędzie rekonstrukcjonistycznym rodzimowierstwa europejskiego rezygnuje się z tego, co oddaje ducha naszych czasów, jest racjonalne, na rzecz tego co (w oczach przeciętnego widza takich spektakli) – w najlepszym przypadku – może być tylko śmieszne?

Prymitywne wierzenia dobre dla naszych praojców, dla nas dziś mogą mieć jedynie wartość historyczną i symboliczną. Przecież nie chodzi nam o to, by zawracać bieg czasu i budować w środku Europy jakiś pogański skansen ku uciesze rodzimych i zagranicznych turystów. Próba takiej też folklorystycznej rewitalizacji dawnych wierzeń w szerszym zakresie z góry skazana jest na niepowodzenie. Poza tym, nie ograniczajmy się do naszych słowiańskich opłotków! Współczesne rodzimowierstwo jest sztucznym tworem i prowadzi jedynie do sztucznych podziałów, a nadto do absurdalnego szowinizmu i rasizmu. Nasze pogańskie dziedzictwo to nie tylko, bądźmy szczerzy, martwa dziś wiara w Peruna, Świętowita czy Swaroga, ale także Bogowie i mitologie innych ludów – zwłaszcza ludów Europy, gdzie są nasze duchowe, a także biologiczne korzenie. Naszej współczesnej tożsamości inaczej niż w czasach pogańskiej Europy nie powinien już określać jakiś plemienny totem czy posążek Trygława lub Świętowita. Żyjemy we wspólnotach innych niż niegdysiejsze wspólnoty rodowe (słowiańskie zadrugi); dążymy do przezwyciężenia starych nieefektywnych podziałów, także narodowych i rasowych. Pojawiają się zupełnie nowe i nieznane naszym przodkom wyzwania, jak zapłodnienie in vitro, klonowanie, związki homoseksualne i wiele innych. Dążymy do wspólnot ponadnarodowych, globalnych, zdając sobie sprawę z tego, iż organizacja państwowa, tak jak niegdyś rodowa i plemienna, wcale nie jest kresem ludzkich możliwości kulturotwórczych.

Czym wobec tych wyzwań jest folklorystyczne rodzimowierstwo? Jest ruchem wstecz; zawoalowanym nacjonalizmem próbującym zatrzymać nieuchronne procesy kulturowe oraz integrację wyższego typu. W czym zresztą upodabnia się do integryzmu katolickiego. Przybiera też często postać naiwnego ekologizmu. Jest tym, co się już przeżyło i nie wytrzymało próby czasu. Takim ruchom światopoglądowym trudno przyznać jakieś nowatorskie wartości kulturotwórcze.

Czym dla mnie jest współczesna wiara pogańska?


Krytyka krytyką. Ale czym zatem dla mnie jest wiara pogańska? To nie drewniane czy marmurowe idole. To nie hymny pochwalne i modlitwy dziękczynne. Ofiary z miodu, chleba i zwierząt. To wiara w moc rozumu myślącego ssaka – homo sapiens – człowieka. Ciągłego – aż po kres ziemskiego istnienia – stawania się kimś lepszym, większym, mądrzejszym niż dotąd – nie tylko dwa tysiące lat temu, ale i wczoraj. To wiara w człowieka gromadzącego mądrość pokoleń ludzkich – zdobywającego świat i kosmos, także wewnątrz siebie. Pogańska wiara jest dążeniem do ziemskiej nieśmiertelności, w pamięci przyszłych pokoleń, a nie nieśmiertelności w zaświatach – po śmierci.

Jest pełną powagi odpowiedzialnością za swoje czyny, które mają zawsze swoje konsekwencje na tym świecie. Jest wiecznym dążeniem do nieśmiertelnej doskonałości w rozmaitych aspektach, reprezentowanej przez Boginie i Bogów. Nie wierzę bowiem w rzeczywistą wartość kształtowania ludzi według religijnego strychulca ubogich archetypicznie monoteizmów. Tutaj bowiem króluje tylko jeden „zazdrosny” bóg i jeden archetyp! W przeciwieństwie do fundamentalistycznego monoteizmu, moja świecka religia neopogańska jest przejawem całego bogactwa ludzkich archetypów, reprezentowanych przez liczne Boginie i Bogów. Tylko w zgodzie z nimi możemy w pełni rozwijać swój ludzki potencjał. Taka wiara nie może też kojarzyć się z tym, co było, ale z tym, co dopiero może nadejść. Nie jest skansenem, lecz laboratorium doświadczalnym. Dlatego jest żywa, pozbawiona dogmatyzmu i talmudyzmu, „kuranicznych” bajań o zaświatach, kompensujących doczesne niedomagania i niedostatki. Przytakuje życiu, nawet najbardziej tragicznemu, nie deprecjonuje upływającego czasu. Jest pozbawiona irracjonalnych ograniczeń religii abrahamowych oraz ich jałowego moralizmu. Jest całkowicie z tego świata, jest doczesna, oraz wciąż nieodgadniona i niedopowiedziana. Dlatego wciąż pozostaje nierozwiązaną zagadką życia na Ziemi.



HERMES, CZYLI O NATURZE OSOBISTEGO BOGA



W sferze mentalnej, osobisty bóg działa na nas
intuicją i inspiracją. Poprzez myśli prowadzi
nas do samopoznania i uszlachetnienia.
Prowadzi nasz boski pierwiastek wiecznego
ducha, byśmy byli bliżej osobistego boga
z każdym dniem i ostatecznie zidentyfikowali się z nim.

Franz Bardon


Dlaczego HERMES?




Są pewni Bogowie i Boginie, z którymi odczuwamy większą więź i pokrewieństwo niż z innymi. Brzmi to nie po chrześcijańsku i pogańsko, a jak wiadomo w naszym kręgu kulturowym za sprawą zwycięskiego, przynajmniej formalnie, chrześcijaństwa, określenie „poganin” i „pogaństwo” kojarzy się niedobrze, wręcz źle. Cóż jednak począć, kiedy pomimo całego wysiłku Kościoła katolickiego i jego świeckiego ramienia (władzy świeckiej) w Europie, nie udało się całkowicie wymazać z pamięci Europejczyków mitów i przypowieści o pradawnych Bogach. Nie udało się nawet do końca zniszczyć wszystkich ich wizerunków, choć w przeszłości były czynione takie próby – na większą czy też mniejszą skalę.

Dlaczego więc Hermes? Kiedy jakiś czas temu przeczytałem rozważania psycholog Jean Shinody Bolen w książce „Bogowie w każdym mężczyźnie”(Jean Shinoda Bolen „Bogowie w każdym mężczyźnie” Wydawnictwo Inanna, Wydawnictwo Jacek Santorski & Co 2006, fragment ze s. 10. Zob. też Agapi Stassinopoulos, Poradnik dla Zakochanych Par. Męski jak Zeus, zalotna jak Afrodyta, Warszawa 2007. )zdałem sobie sprawę z tego, jak przemożny, ale i nie do końca uświadamiany przeze mnie wpływ, wywierał na mnie przez całe moje dotychczasowe życie Hermes. „Cały panteon greckich bóstw, męskich i żeńskich, istnieje w nas jako zestaw archetypów (Cóż to są owe archetypy? W encyklopedii PWN czytamy, iż archetyp to: 1) w teorii Carla Gustawa Junga element tzw. nieświadomości zbiorowej, dziedziczny, a więc nie pochodzący z doświadczenia indywidualnego, wspólny wszystkim ludziom wzorzec reagowania i postrzegania świata; odwieczna, niezmienna struktura („praforma”), która organizuje zachowanie jednostki, wyznacza sposób jej myślenia i odczuwania w typowych, ważnych dla człowieka sytuacjach; niedostępny bezpośredniemu poznaniu, jawi się w świadomości człowieka za pośrednictwem symboli, treści i motywów stale powtarzających się – w zmiennej historycznie i kulturowo postaci – w mitach, wierzeniach, sztuce, obyczaju różnych epok i kręgów kulturowych, a także w snach, fantazjach i urojeniach jednostek; do najważniejszych archetypów Jung zaliczał: archetyp cienia, animy i animusa (pierwiastki żeński i męski w psychice człowieka), starego mędrca, wielkiej matki, jaźni. W fenomenologii religii i religioznawstwie o orientacji projungowskiej (G. van der Leeuw, K. Kerényi, M. Eliade) archetyp to najgłębsza struktura znaczeniowa przejawów sacrum, wzorzec ogólnoludzkich zachowań, ustalony najwcześniej w systemach mitologicznych (zwł. mitach kosmogonicznych) i religijnych kompleksach symbolicznych (np. tabu, ofiara); wg tej teorii archetypy tkwią u podstaw każdej religii i pozwalają wyjaśnić jednorodność fundamentalnych doświadczeń religijnych, mimo ich historycznej zmienności i kulturowych zróżnicowań; życie społeczne każdej wspólnoty religijnej (praca, zabawa, święta) ma sens, jest normalne i prawdziwe tylko wtedy, gdy naśladuje czyny spełnione in illo tempore przez bóstwa.) – stwierdza Jean Shinoda Bolen – choć zazwyczaj bogowie mają silniejszy wpływ na mężczyzn, a boginie na kobiety.

Każdy archetyp związany jest z określonym „darem” bogów oraz potencjalnymi problemami (...) Mężczyzna, który wie, jaki bóg lub jacy bogowie są w nim aktywni, łatwiej podejmuje decyzje, które są dla niego satysfakcjonujące.

Samo czytanie o bogach może okazać się sposobem na ponowne włączenie odciętych części naszej psychiki. Proces ten może być wspomagany snami, wspomnieniami i mitami pukającymi do naszej podświadomości”.

Do Hermesa, nie wiedzieć czemu, od dawien dawna czułem niezmierną sympatię. Ze wszystkich Bogów greckiego Olimpu on zawsze był mi najbliższy. Ale dopiero autorka „Bogów w każdym mężczyźnie” uświadomiła mi jego ogromny, archetypiczny wpływ na moją osobowość, a nawet mój światopogląd, oraz rodzaj wykonywanego przeze mnie zajęcia na co dzień (domena Hermesa – handel i kontakty międzyludzkie, a z tym wiążąca się lotność umysłu, bystrość i elokwencja). Stąd pewnie i ta nadzwyczajna bliskość tego Boga wcześniej przeze mnie nie uświadomiona.

Hermes, sprężysta siła młodzieńcza, wcielenie czynu i rzeczywistości... takiej, jaką być powinna, nie jaką jest.3 Tadeusz Zieliński

Ludzkie wyobrażenia HERMESA



Kogo widzi przeciętnie wyedukowany człowiek, kiedy wypowiada imię Hermes? Zapewne oczami wyobraźni widzi młodego mężczyznę – helleńskiego Boga – zwinnego i ruchliwego, błyskawicznie przemieszczającego się z miejsca na miejsce. Skrzydełka u jego stóp i magiczna różdżka w dłoni, czyli kerykeion (rzym. kaduceusz)4 , tj. laska z dwoma oplecionymi wokół niej wężami – symbol boskiego herolda, przynoszącego pokój i godzącego spory – to jego znaki rozpoznawcze. Nie jest ani mroczny, ani antypatyczny, jak Hades czy Posejdon. Budzi raczej sympatię wszystkich Bogów i ludzi. Kiedy myślimy „Hermes”, widzimy Boga pełnego sił i młodzieńczego wigoru, emanującego energią i witalizmem, ekspresyjnego ekstrawertyka. Jest to Bóg, który przedstawia sobą typ klasycznej urody – daleki od plebejskiej brzydoty, np. filozofa Sokratesa, którego wizerunki przetrwały do naszych dni. Hermes jest przystojny, szczupły, kędzierzawy i muskularny zarazem – ideał męskiej sylwetki (takiego też Hermesa przedstawiały rzeźby Praksytelesa i Lizypa). Nic dziwnego, przecież ów syn Tytanki Mai i ojca Bogów Zeusa jest wynalazcą ćwiczeń gimnastycznych – biegów i boksu; patronował greckiej młodzieży w gimnazjonach5. Lecz ten sam młodzieńczy Hermes niekiedy zmienia się w moich wyobrażeniach w dojrzałego już Boga z bujnymi i długimi włosami podwiązanymi z tyłu głowy w misterną fryzurę; ma długą brodę; jest prawie nagi, odziany tylko w skąpą szatę zarzuconą na ramiona. Jest taki sam, jakiego widziałem na pewnej starej helleńskiej płaskorzeźbie, a także najstarszych wazach greckich, czy hermach. Taki też był w najstarszych wyobrażeniach Hellenów. Nie był młodzieńcem, lecz dojrzałym już Bogiem.

Tadeusz Zieliński „Religia starożytnej Grecji. Religia hellenizmu”, Wrocław–Warszawa–Kraków, 1991, s. 66. ; Kerykeion – rzymski kaduceusz, laska herolda, pierwotnie różdżka czarodziejska, laska; jej górną część oplatają dwa węże z głowami zwróconymi ku sobie; jest to przede wszystkim
atrybut Hermesa (Merkurego); interpretowano go różnie, niekiedy jako symbol płodności: dwa węże łączą się ze sobą na fallusie w erekcji; zapewne jednak trzeba go rozumieć przede wszystkim jako symbol równowagi. W alchemii jest to symbol przeciwstawnych sił. (W: ) Herder, Leksykon Symboli, przełożył Jerzy Prokopiuk, Warszawa 1992, s. 63.

Ale są to już w pełni ukształtowane, antropomorfizowane, piękne, artystyczne, prawdziwe działa sztuki i późne wyobrażenia Hermesa. „Przypuszcza się – pisze Murray Hope – że olimpijska osobowość Hermesa została zapożyczona od dawniejszego – związanego z żywiołem powietrza i rządzącego wszelkim ruchem i działaniem – bóstwa Pelazgów, któremu szczególną cześć oddawali pasterze arkadyjscy”6 . Dlatego też najbardziej prymitywne, przedarkadyjskie, a więc i przedhelleńskie wyobrażenie Hermesa wiąże się z jego imieniem, które także było pelazgijskie, a więc przedaryjsko–greckie, i oznaczało „on ze stosu kamieni” (jak twierdzi W.C.K. Guthrie za prof. Nilssonem)7. Pierwsze i najstarsze wyobrażenia Boga były to stosy kamieni (l.mn. hermai) wznoszone przy drogach, które przybrały potem formę ithyfallicznych herm8, stojących także na straży domostw.
Hermes bowiem jest od najdawniejszych czasów opiekunem podróżnych. Czuwał więc nad ich bezpieczeństwem. A o jego obecności przypominały stosy kamieni ułożone na rozstajach dróg ludzką ręką9. Były to bowiem czasy, kiedy nie było bezpiecznych dróg, a podróżni, często kupcy, którym także patronował Hermes,
byli zdani jedynie na szczęście i łaskę tego Boga, chroniącego ich – w co pewnie wierzyli – przed rabunkiem, a nawet zabójstwem w celach rabunkowych.

5 Posąg Hermesa

Ja, któremu przypadła w udziale wysoka, szumiąca liśćmi góra Kyllenion, teraz stanąłem tu – patron pięknego gimnazjonu – Ja, Hermes. I nieraz chłopaczkowie wieńczą mi głowę amarantem Albo hiacyntem, albo girlandą rozkwitłych fiołków.

Nikiasz (Antologia Palatyńska XVI 188) 6 Murry Hope, Tradycja Grecka, Poznań 1994, s. 43. 7 Zob. (w:) Rafael López – Pedraza, Hermes and His Children, Szwajcaria, Daimon Verlag 2003, s. 13. 8 W ojczyźnie Hermesa Arkadii „stawiane mu tam monumenty kultowe budowano albo w formie <kylleńskiej>, czyli w postaci fallusa z drewna lub kamienia, albo w pokrewnej jej formie graniastej kolumny zwanej przez nas hermą, przedstawiającej wyprostowany fallus z głową. Forma ta wywodzi się jakoby z misteriów Kabirów, a zatem także z Grecji północnej”. Zob. (w :) Karl Kerényi, Mitologia Greków, Warszawa 2002, s. 144. 9 W późniejszych czasach były to tzw. hermy – kojarzone także z kultem płodności za sprawą fallusa, który był na nich wyobrażany. Ithyfalliczna herma jest wyobrażeniem Hermesa z silnym komponentem seksualnym, wyrażającym także seksualny, a więc wiążący się również z płodnością, aspekt tego Boga. „Hermes, bóg falliczny, w dawnych czasach zwany po prostu <Fallusem>”, zob. (w :) Karl Kerényi, tamże, s. 122.


I Autolik tak mówił do córy i zięcia:

– Drodzy moi, wynajdę imię dla dziecięcia;
A ponieważ z niewiasty i mężmi skłócony,
Sierdząc się na ród ludzki, w waszem przybył strony,
Więc zwijmy go Odysem; sierdzistym zwę wnuka...10

Homer



Autolykos i Odys – ziemskie hipostazy atrybutów HERMESA


Paradoksalnie ów patron podróżnych kupców, wciąż przecież obawiających się o swoje życie i towary, jest także patronem złodziei, którzy pewnie niejednokrotnie odwoływali się do Hermesa o wsparcie w swych złodziejskich przedsięwzięciach. Ale jak się wydaje, Hermes nie patronował tym, którzy używali w swoim złodziejskim fachu przemocy fizycznej. Patronował raczej kradzieży inteligentnej – opartej na sprycie i przechytrzeniu właścicieli pożądanych „skarbów” – dalekiej od cyklopiego nieokrzesania i barbarzyństwa. Ziemską hipostazą tego aspektu Hermesa, tj. przebiegłej, zuchwałej, wymagającej inteligencji i sprytu kradzieży – jest jego syn Autolykos11, który narodził się ze związku Boga z piękną córką Dajdaliona Chione12 (nawiasem mówiąc Chione wydała na świat bliźniaków: Filamona, syna Apollona, oraz Autolykosa13, syna Hermesa). Od boskiego ojca Autolykos otrzymał dar przywłaszczania sobie cudzego mienia tak, by nigdy nie został schwytany. Stąd też znany był z licznych i zuchwałych kradzieży14. Poza 10 (Odyseja, XIX, 415–419.)

11„Ten, który sam jest wilkiem” (w :) Leszek Paweł Słupecki, Wojownicy i wilkołaki, Warszawa 1994, s. 182.

12Kochanka dwóch Bogów, zginęła od strzał bogini Artemidy, gdyż ośmieliła się porównywać swoją urodę do piękna dziewiczej Artemidy.

13Autolykus był z kolei mężem Amfitei i ojcem Antiklei – matki Odyseusza. Nie tylko nauczył wielkiego herosa Hellady Heraklesa sztuki zapaśniczej, ale potrafił także w czasie walki przybrać tak przerażającą minę, że pokonywał swoich przeciwników właściwie bez użycia siły, tj. psychologicznie.

„Ukradł Amyntorowi hełm skórzany, który darował Odyseuszowi, a ten nosił go podczas nocnego wypadu podjętego wraz z Diomedesem przeciw Troi. (...) Aby uniemożliwić wykrycie kradzieży, umiejętnie zacierał ślady i maskował zrabowane bydło przefarbowując jego sierść. Według niektórych autorów posiadał również umiejętność przeistaczania się. On to uczył Heraklesa sztuki zapaśniczej. Gdy Syzyf przebywał u niego usiłując odnaleźć skradzione stada, Autolykos wtajemnicy doprowadził do stosunku między nim a własną córką Antikleją, którą właśnie wtedy wydawał za mąż za Laertesa. Autolykos brał udział w wyprawie Argonautów. Niektórzy czynią go dziadkiem Jazona, ponieważ córka jego Polymede poślubiła Ajsona”. (W:) Pierre Grimal, Słownik Mitologii Greckiej Rzymskiej, Wrocław – Warszawa – Kraków, 1990, s. 51.

tym Hermes dał mu magiczną moc zamieniania każdej skradzionej sztuki bydła rogatego na nierogate i odwrotnie. Za sprawą niezwykle sprawnej umiejętności przechytrzania okradzionych, zyskał miano wanaksa – czyli króla – złodziei. Przejrzał i przechytrzył go jedynie jeden człowiek – uznawany też za najprzebieglejszego ze śmiertelnych, a także najbardziej pozbawionego skrupułów – władca Koryntu, Syzyf.

Hermes ma wiele twarzy. Ale jedno jest niezmienne, i o czym pisze Plutarch w swoim traktacie „O Izydzie i Ozyrysie”, Hermes jest „najrozumniejszym i najbardziej przebiegłym z bogów”17. Ojciec poezji, Homer nazywa go „dobroczyńcą, co myślą rozumną ponad wszystkimi góruje”18. A więc – rozum i przebiegłość charakteryzują Hermesa jako Boga. Dlatego nie bez powodu za jego ziemskie wcielenie uważa się znanego z rozumnych rad i przebiegłości króla Itaki Odyseusza, którego Hermes jako boski posłaniec wspierał w trudnej ziemskiej wędrówce do ukochanego domu – żony i syna. Zdaniem profesora Tadeusza Zielińskiego, Homer w osobie Odyseusza „przyjął i uszlachetnił postać prastarego włóczęgi arkadyjskiego. Że pierwotnie był on tym włóczęgą, o tym dobrze pamiętali Arkadianie, którzy widzieli w nim założyciela swego miasta Feneusu, leżącego w sąsiedztwie góry Killeny i jeziora Stymfalskiego. Tak, był to prastary Hermesa arkadyjskiego ulubieniec, albo raczej sam Hermes, jego ziemska <hypostaza>; dlatego Hermes opiekuje się nim w Odysei; dlatego matka jego Antykleja zowie się córą Autolykosa; dlatego jego zejście do Hadesu odbyło się, wedle Ajschylosa, przez <katawotrę> jeziora Stymfalskiego”.

Ukradł klacze z Eubei należące do Eurytosa i po zmienieniu przy użyciu magii ich wyglądu, sprzedał je niczego niewiedzącemu Heraklesowi. Herakles, który się z nim przyjaźnił sprzeciwiał się później posądzaniu Autolykosa o ten występek, przez co sam był podejrzewany o dopuszczenie się kradzieży. Tamże, s. 330–331. Autolykos był sąsiadem władcy Koryntu i syna Eola, Syzyfa, który trzymał dużą trzodę na Przesmyku Korynckim. Syzyfowi zaczęło ubywać bydła, ale nie był w stanie udowodnić, że dzieje się to za sprawą Autolykosa, gdyż ten zmieniał ich wygląd. Pewnego dnia wypalił każdej sztuce bydła na spodzie kopyta litery SS, czy też jak podają inne źródła słowa Ukradzione przez Autolykosa. W nocy Autolykos jak zwykle ukradł kilka sztuk bydła swego sąsiada. Następnego dnia z rana Syzyf zauważył na drodze odciśnięte ślady kopyt, co było dostatecznym dowodem, by wezwać innych sąsiadów jako świadków kradzieży. Udał się z nimi do obory Autolykosa, rozpoznał skradzione bydło i pozostawił im udowodnienie winy złoczyńcy. Jak twierdzą niektórzy mitografowie Autolykos chciał mieć równie przebiegłego wnuka jak Syzyf, dlatego dobrowolnie zgodził się oddać córkę na jedną noc – w przeddzień jej ślubu z Laertesem – władcy Koryntu. Antikleja urodziła syna, Autolykos przybył do Itaki i pierwszego wieczoru po kolacji wziął wnuka na ręce. Córka zaproponował mu, by nadał imię wnukowi. Na co on odparł: W dotychczasowym moim życiu narobiłem sobie wielu wrogów wśród książąt, dam więc temu wnukowi imię Odyseusz, czyli Gniewny, ponieważ będzie ofiarą moich nieprzyjaźni. Jeśli jednak kiedykolwiek zjawi się w Parnasie z wyrzutami, oddam mu część jego majątku i ułagodzę jego gniew. Gdy Odyseusz dorósł, przybył do dziadka. Podczas polowania z wujami dzik zranił go w udo i do końca życia pozostała mu blizna po tej ranie. Autolykos opiekował się nim troskliwie i zgodnie z obietnicą obdarował hojnie Odysa. Stąd i u Weltera, Dzieje Powszechne CZĘŚĆ I. Dzieje Starożytne, wyd. V, Kraków 1886, s. 63. „Dla wielkiej przebiegłości, umiejącej wszystko na swą wyzyskać korzyść, czczono go jako boga handlu, kupców, złodziei, tudzież jako boga wymowy”. W Pieśni XX (35–36) Iliada, Warszawa 2005,352, w tł. Kazimiery Jeżewskiej. W zromanizowanym tłumaczeniu Franciszka Ksawerego Dmochowskiego ten sam fragment brzmi nieco inaczej: „I wynalazca kunsztów, przemyślny Merkury” (w :) Iliada, Ks. XX, 35, s. 422. Warszawa 1990.

Hermes był bowiem bogiem wszelkiej magii i wszelkiego oszustwa, czego Grecy początkowo nie potępiali, lecz podziwiali. John Pinsent


Świat, którym włada HERMES



Słynny religioznawca Karl Kerényi stwierdził, iż „trzeba uznać za fakt historyczny to, że dla Greków bóg Hermes nie był niczym, jak dla kogoś z nas, ani też nie był żadną bezkształtną siłą, lecz bardzo określonym <czymś> – czymś, co przynajmniej od czasów Homera posiadało wyrazistą osobowość. Jednakże jako osoba nie przejawiał on nigdy samowoli właściwej istocie obdarzonej mocą; pozostał raczej na zawsze określony przez jego własny sens”21. Natomiast znakomity znawca i wyznawca Bogów religii helleńskiej, Walter Friedriech Otto, uświadamia nam, że „świat, który Hermes ożywia i którym włada, to świat w pełnym znaczeniu tego słowa, czyli cały świat, a nie jakiś fragment całej sumy bytu. Wszystkie rzeczy doń należą, ale jawią się w innym świetle niż w królestwach innych bogów. To, co się wydarza, przybywa jakby spłynęło z nieba i do niczego nie zobowiązuje: to, co się dokonuje, jest przejawem wirtuozerii i jest rozkoszą nieodpowiedzialną. Kto chce tego świata wygranej i łaski jego boga Hermesa, ten niech nie mówi <nie> także stracie, albowiem nie ma jednego bez drugiego”. Hermes jest dla Otta – jak zauważył Kerényi – z jednej strony, „duchem ukształtowania istnienia, który ciągle powraca w różnych okolicznościach”, z drugiej jednak także duchem całkowicie konkretnego „światowego” aspektu świata, który raz po raz przyjmuje nas jako szczególny świat: „jakimś duchem nocy”(...). Otto słusznie zaznacza, że w wielu przypadkach, gdy Grecy mówią o nocy, mimowolnie przychodzi na myśl Hermes”. Tadeusz Zieliński, Hermes Trzykroć Wielki. Studium z cyklu: Współzawodnicy chrześcijaństwa, Zamość 1921, s.10. (W:) John Pinsent, Mity i Legendy Świata. Mitologia Grecka, Kraków, 1990, s. 31. Karl Kerényi, Hermes przewodnik dusz. Mitologem źródła życia mężczyzny, przeł. Jerzy Prokopiuk, Warszawa 1993, s. 5. Tamże, s. 6–7. Tamże, s. 40–41.


Otto zwrócił także uwagę na to, że świat Hermesa nie jest w żaden sposób światem heroicznym. Kiedy bowiem Odyseusz i Diomedes przywoływali Atenę, prosząc o wsparcie w swym nocnym przedsięwzięciu (mieli skraść z Troi posąg Pallas Ateny), i kiedy Bogini rzeczywiście przybyła, szybkonogi Trojańczyk Dolon – syn herolda Eumedesa – który miał podobną, tj. szpiegowsko–wywiadowczą przygodę, nie pokładał zaufania w duchu heroizmu, ale raczej w podstępie, zabójstwie i przede wszystkim szczęściu. Dlatego polecał siebie opiece Hermesa, który miał bezpiecznie przeprowadzić go do celu i z powrotem. Hermes jest Bogiem najbardziej przyjacielskim ludziom. Co więcej jest także najbardziej przyjacielskim Bogiem wobec innych Bogów24. Nie walczy przeciwko nim, kiedy oni sami są zajęci walką między sobą. „Hermes nie bierze nawet udziału w nietragicznej walce bogów. Rzecz znamienna – jak zauważył Kerényi – że jako przeciwnika nie otrzymuje on żadnego boga, lecz boginię Latonę: postać bogini – matki, przypominającą o swej córce, Artemidzie. Ale Hermes jest zbyt mądry, żeby


...walczyć [z tymi]...
Które Jowisza swymi zwyciężyły wdzięki.
Pójdź, głoś w niebo, żeś bogów pokonała posła,
Żeś nade mną wygraną bez bólu odniosła.

(XXI, 509–519)


Z tymi słowami schodzi Latonie z drogi. Sława go nie interesuje”.


Hermes bowiem ustępuje, gdy dostrzega, iż jego heroizm okazałby się tylko czczym heroizmem. Mierzy swoje zamiary podług sił; romantyczne porywy serca, wyrażające się w zawołaniu „mierz siły na zamiary”, są mu całkowicie obce. Hermes jest zbyt sprytny, nie lubi przegrywać, i dlatego... rachuje. Nie można powiedzieć, że nie stawia sobie ambitnych celów, ale jest bardziej prozaiczny niż romantyczny. Dlatego też jego serce i dusza nie cierpią z powodu odrzucenia, jak serce i dusza Apollina. Hermes nigdy się nie poddaje i nie popada w melancholię. Jego boski i bystry umysł nie szuka w takich momentach nieuniknionej zemsty, lecz wypatruje sprzymierzeńców, forteli, sposobów na osiągnięcie zamierzonego celu, z którego nie rezygnuje pomimo wcześniejszych niepowodzeń. Tak też zdobył Afrodytę – Boginię miłości, kochającą nie tylko uśmiech, ale i swą drogocenną garderobę26. Nie przywiązuje się też na zawsze do żadnej Bogini ani śmiertelniczki – nawet najbardziej pociągającej, nawet najpiękniejszej. Co w życiu mężczyzn, nie stroniących od uroku kobiet, wyraża się w popularnych powiedzeniach: nie ta, to inna; pół światu tego kwiatu....

Według mitologicznego przekazu Hermes zwrócił Afrodycie bucik porwany przez orła, podczas kiedy zażywała kąpieli, którego specjalnie w tym celu wysłał Zeus. W ten oto sposób Hermes zaskarbił sobie jej wdzięczność i przychylność, choć wcześniej nie była nim szczególnie zainteresowana. Hermes, choć nieśmiertelny, żyje zbyt szybko, żeby się wcześniej nie znudzić przedmiotem (to najlepsze słowo) swego boskiego pożądania. Stąd też jego liczne romanse – ze śmiertelniczkami, nimfami i Boginiami. Hermesowi nie zależy na założeniu rodziny i władzy z tym związanej, nad żoną i dziećmi. Jest wiecznym kawalerem, wiecznym dzieckiem, swoistym puer aeternus, które nie stroni od uroku Bogiń, nimf i śmiertelniczek; ma też liczne potomstwo, o które nie ma potrzeby za bardzo się troszczyć.

Hermes nie jest dostojnym Bogiem, jak np. Atena czy Apollon, bo i sama służba posłańca – nawet najdostojniejszego z Bogów Zeusa – nie należy do zajęć dostojnych. Podobną funkcję w wierzeniach Hellenów pełniła Iris (tęcza), „Hermes zaś używany był najczęściej do spraw, w których szło o przebiegłe woli bogów przeprowadzenie”. Przy całym swoim braku dostojeństwa Hermes nigdy jednak nie jest wulgarny ani obleśny. Nie ma też potrzeby – jak jego boski ojciec Zeus – walczyć o władzę i wpływy. To go w ogóle nie interesuje. Królestwo nie należy do niego. Dlatego i pałacowe intrygi nie są dla niego. Czerpie rozkosz ze swobody, jaką paradoksalnie dają mu jego liczne, codzienne obowiązki; nadają one też sens jego nieśmiertelnemu istnieniu. Ma bardzo napięty plan zajęć, lecz nie buntuje się przeciwko roli, jaką z poświęceniem i pracowicie pełni w świecie Bogów i ludzi. I nie jest to też wbrew pozorom jakaś poślednia rola. Wszak Hermes jest posłańcem Bogów i zarazem przewodnikiem dusz wiedzionych do królestwa zmarłych. A czyż nie każdy komuś w końcu służy i czemuś podlega? Bo przecież nawet najpotężniejszy z Bogów liczy się ze zdaniem swej potężnej małżonki, Hery, nigdy jawnie nie ośmiela się jej zdradzać. Nie jest tyranem, który przeprowadzałby swe zamysły według swego widzimisię i wbrew woli swych boskich dzieci, nigdy też nie zwraca się przeciwko wyrokowi Konieczności – Ananke i Losu – Mojrze. Najpotężniejszy z Bogów z pokorą przyjmuje ich wyroki.


Funkcje, jakie spełnia Hermes w świecie nieśmiertelnych i zwyczajnych śmiertelników, jakby były stworzone wprost dla niego – wymagają tylko jego, a nie kogoś innego, szybkości i zręczności; tylko jego, a nie kogoś innego, mądrości i przebiegłości. Jakiż inny Bóg mógłby go w tym zastąpić?

Pomimo że Hermes jest olimpijskim Bogiem i bardzo lojalnym synem swojego ojca, nie wątpiącym ani przez chwilę w sensowność wypełniania wszelkich misji zleconych mu przez swego boskiego rodzica – nawet tych niejednoznacznych z moralnego punktu widzenia, to jednak zdecydowanie różni się od innych Bogów helleńskiego Olimpu – przenika cały świat dzięki swej zdolności nawiązywania kontaktów – jest mistrzem nawiązywania relacji oraz orędownikiem pokoju. Ponadto, na co zwrócił uwagę Kerényi: „Wszystkim, dla których życie jest przygodą – przygodą w miłości czy w duchu – Hermes jest wspólnym przywódcą. Koinos Hermes!”.

Był słynnym w świecie Bogów i ludzi zabójcą „stuokiego Argosa”, który na polecenie Hery strzegł kochanki Zeusa Io przemienionej w jałówkę. Stąd przydomek Hermesa: Argeifontes – zabójca Argosa.

Znajomość bogów stanowi źródło osobistej mocy. Jean Shinoda Bolen

Poznając Bogów poznajesz samego siebie



Hermes wciąż żyje, Bogowie wciąż żyją, pomimo że świątynie ich dawno legły w gruzach... Nie wystarczy bowiem krzyczeć, jak ten czy inny monoteista: fałszywi bogowie pomarli – niech żyje jeden–prawdziwy Bóg! Lub też: wszyscy bogowie pomarli – jak twierdzi ateista. Porzućmy też neoromantyczne bajania, w które sami ich głosiciele nie wierzą, że Bogowie „ukryli się w lasach i pieczarach i od wieków nie dają o sobie znać” (Robert Graves). Bogowie i Boginie wciąż żyją... w nas, tj. zwykle ochrzczonych potomkach niegdyś pogańskiej Europy. Jako archetypy – każdy szczególnego i niepowtarzalnego rodzaju; jako archetyp męskiej i żeńskiej psyche. Ujawnią się tym bardziej świadomie, im bardziej jesteśmy świadomi ich działania w nas – w naszych upodobaniach i zainteresowaniach, naszych charakterach i temperamentach, naszych konstrukcjach psychofizycznych, ulubionych zajęciach – pracy i hobby. Czasami ich obecność zadziwia nas, np. snami, z których symboliki nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Dopiero odkrycie pewnych uniwersalnych symboli, jakie w nich się ujawniają, świadczyć może tylko o nieświadomej części naszej psychiki – podświadomości, a zarazem – zbiorowej nieświadomości. Podobne doświadczenia zdają się przekonywać nas o istnieniu czegoś zupełnie niemożliwego, że bezcielesna i nieświadoma część ludzkiej psychiki jest tak samo dziedziczna i odwieczna, jak kopie genów zawierające powtarzalne sekwencje DNA niezliczonych pokoleń naszych przodków.

Zdaniem psychologów, odwołujących się do dorobku naukowego Junga, poznanie na nowo natury i działania odwiecznych Bogów w nas, Op. cit., Karl Kerényi, Hermes..., s. 77. Op. cit., s. 27 „Postępek Kronosa, sytuacja Afrodyty osadzonej w samym centrum męskiej dwuznaczności, potrzeba Hermesa pragnącego znajdywać i wynajdywać – wynajdywać także w sensie „okłamywać” – nie pochodzą z owej psychologii indywidualnej: znajdują się one na bardziej ogólnej, nieosobniczej płaszczyźnie” (W:) Karl Kerényi, Mitologia Greków, s. 18. Carl Gustaw Jung był zdaniem Rafaela Lópeza–Pedrazy, op. cit. s. 11: „pierwszym, który wskazał na ważność Hermesa w psychoterapii (...) Był także pierwszym, który wprowadził studia nad archetypami do współczesnej psychologii...”. niewątpliwie pozwala na dokonywanie najlepszych, tj. najbardziej racjonalnych i satysfakcjonujących wyborów na co dzień. Niewątpliwie pozwala też  uniknąć wielu pułapek wiążących się z ciemną stroną starożytnych Bóstw, które na pewno nie były moralne w chrześcijańskim, a nawet ogólnoludzkim tego słowa znaczeniu (przyjmując, że pewne uniwersalne wskazania moralne funkcjonują w każdej społeczności ludzkiej).

Postąp więc mądrze, jak mówi stara helleńsko–delficka mądrość: poznaj samego siebie. Do pełnego jednak poznania siebie nie obejdziesz się bez pomocy Nieśmiertelnych Bogów (bez nich zawsze będzie to samopoznanie niekompletne). Tak jak ja sam poznając siebie, nie obyłem się bez pomocy nieśmiertelnego syna Zeusa i Mai.


A mając dziś tę samoświadomość, której dotąd nie miałem, chciałbym, by i o mnie mówił poeta:



Życzliwy [mu] jest Hermes, opiekun zawodów,
Syn lśniącookiej Mai, gór mieszkanki;
Atlas jej ojcem – najpiękniejszej z siedmiu
Córek o włosach ciemnych niczym fiołki,
Co niebiańskich noszą miano Plejad



Liryka Starożytnej Grecji, Wyd. III, Wrocław–Warszawa–Kraków–Gdańsk–Łódź, 1987, s. 131. Przełożył Jerzy Danielewicz (Symonides z Keos, VI–V w p.n.e.).


 
stat4u
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego