"Refleksje po 60 latach - Auschwitz n. 83877. - Gross-Rosen n. 9326. - Sachsenhausen n. 63815" - SĘDRUGA - ZADRUGA RODZIMEJ WIEDZY

Przejdź do treści

Menu główne:

"Refleksje po 60 latach - Auschwitz n. 83877. - Gross-Rosen n. 9326. - Sachsenhausen n. 63815"

Kneziowie Zadrugi > Kneź Jarosław Mostnik - Józef Brueckman

Józef Brueckman
REFLEKSJE PO 60-ciu LATACH
Auschwitz n.83877. - Gross-Rosen n.9326. - Sachsenhausen n.63815.


   Mówisz, że tak lakonicznie prześlizgnąłem się nad Oświęcimiem?... Bo wiesz - to są trudne wspomnienia - konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością. Tylu znajomych, przyjaciół trafiło tam już przede mną. Wyobrażałem sobie, że zastanę dwie przeciwstawne sobie siły - morale więźniów i zbrodniczość oprawców; że postawa współtowarzyszy, tych wszystkich aresztowanych: z łapanek, konspiracji, grup partyzanckich - będzie psychiczną spójnią dającą siłę odporu działaniom represyjnym służb barbarzyńskiego najeźdźcy. Pewne odczucie jedności grupy wydało mi się istotne już w czasie przemarszu z więzienia na dworzec kolejowy - kilkudziesięciu więźniów z rękoma splecionymi drutem do tyłu było prowadzonych przez kilku ss-manów w pełnym brzasku zimowego poranka główna ulicą Kielc. Ruch był już spory. Miałem nadzieję kogoś spotkać, wymienić spojrzenie... Przed nami jednak ulica pustoszała, ludzie umykali przed nami, umykali też wzrokiem..., byliśmy już sami w odmiennym losie życia. Zacieśniała się jakby ta więź grupy, gdy władowano nas do bydlęcych wagonów, szczelnie - na klęczkach, z głową opartą na plecach poprzednika. Zakaz  wszelkiego poruszania, porozumiewania się. Lufy karabinów skierowane w nasze głowy. Wspólność losu...
   Oświęcim "przyjął nas" nocą. Nad bramą rozbrajające hasło "Arbeit macht frei". Obóz pogrążony w nocnej ciszy, tylko po lewej - piętrowy blok jaśniał światłami, w oknach widoczne były postacie w czystych pidżamach w pionowe paski. Pozostałe bloki - schludne, w równych szeregach wypełniały oświetlone uliczki. Wszystko skrzętnie ponumerowane. Nas wpędzono do skrajnego baraku, pustego, z okratowanymi oknami, posadzka betonowa - czysta, chyba świeżo wyszorowana...
   Rozpamiętywałem wszystkie zbrodnie niemieckie wobec Polaków: szczegóły bitwy pod Kutnem (25 PP i 29 PAL) - jakie relacjonowała mi Matka, bombardowanie pociągów cywilnych (01.09.39r.), gdzie zginęła Oleńka i jej dwie siostry-najstarsza Baśka i najmłodsza Anulka, rozpacz ich rodziców, którzy przeżyli jakby na złość swojemu losowi; wysiedlenia ż pełnym wywłaszczeniem i lokowanie w ten polski dobytek zachłannych rodzin niemieckich; zniszczenia Warszawy podczas oblężenia - przed którym uchodziłem na wschód; te bombardowania i ostrzeliwania cywilnych grup uchodzących przed posuwającym się frontem... i ja tu! Wzięty jak baran - to szarpiące wnętrzności obezwładnienie, skurcz żołądka, zaciśnięte pięści - odpłacimy! Wszystko to odpłacimy!...
   Wspominałem też chwile, kiedy w pierwszych dniach wakacji 1939r. spacerowałem z siostrą Adą na warszawskim Powiślu. Ada studiowała ekonomię a ja przyjechałem składać egzaminy wstępne do szkoły technicznej Wawelberga - gdy zjawiła się Cyganka. "Powróżyć Panie - powróżyć". Wyśmiałem ją, lecz ona uparcie chwyciła moją rękę. "Nie chcę pieniędzy"'- wzrok miała stanowczy - "nic nie zapłacisz, mam ci dużo do powiedzenia, musisz wysłuchać". Rozłożyła karty - "nie jesteś stąd, przyjechałeś z daleka, przyjechałeś w ważnych sprawach, ale teraz nic ci się nie uda". Roześmiałem się wtedy, bo jeżeli nie zdam za pierwszym podejściem, to mogę mieć poprawkę po wakacjach. "Ani za miesiąc, ani za dwa, ani za rok, ani za trzy - widzę dużo krwi, wiele nieszczęść, jeszcze powiesz - cholera jej kiszkę, ale prawdę powiedziała - ale ty przeżyjesz i będziesz miał dzieci..." Siostrze rozłożyła karty - milczała, spojrzała na nią jakby współczującym wzrokiem, zwinęła karty i odeszła. Odeszła bez żadnych pieniędzy. Jeżeli sprawdziło się to - "wiele krwi" - a jeszcze - "będę miał dzieci" - znaczy, że przetrwam. Muszę przetrwać.

   Za co aresztowali?... W jakich okolicznościach? Ten los dopełniał się chyba sukcesywnie z licznymi zaszłościami. Aresztowano nas, to jest Matkę, siostrę i dwóch przyjaciół, których zastali w naszym kieleckim mieszkaniu. Mnie zabrano ostatniego. Nasz kielecki dom stał się jakby punktem przerzutowym z Wartelandu do Generalnej Guberni. Za co aresztowali? To było już moje drugie aresztowanie. Pierwszy raz wpadłem razem z przyjacielem Edkiem Dąbrowskim jeszcze w Kaliszu. Mieszkaliśmy gościnnie u przyjaciół, kiedy już jesienią 1939r. rozpoczęto wysiedlanie Kaliszan, bo gdy ściągnęliśmy z wojennej kampanii: Matka spod Kutna, gdzie zaciągnęła się ochotniczo do polowego szpitala, a ja spod Stoczka, gdzie odnalazłem Adę, była tam na wakacjach - nasze mieszkanie było już zarekwirowane na kwaterę oficerów Wermachtu. Zarekwirowali też psa gryfona, który wyszedł z Kalisza wraz z Matką i kaliskimi pułkami na wojnę, ale zgubił się, wrócił do domu pierwszy i został uznany za folksdojcza - zgodnie z germańską nazwą "wyżeł niemiecki".
   Od pierwszych dni okupacji włączyliśmy się do konspiracji - były to najpierw "trójki" (potem "piątki"), znało się tylko trzech, czy pięciu, a z pośród nich tylko jeden był łącznikiem. Matka miała własne powiązania z organizacją wojskową. Już w 1938r., jako była P.O.W-iaczka przeszła kurs działań dywersyjnych. Ja byłem w trójce z Edkiem i Jurkiem Nuszkiewiczem. Zabrano Jurka z rodziną do wysiedlenia. Z punktu zgrupowania wysiedlonych wyrzucił nam gryps, że w domu u niego pozostała "bibuła", że okno od łazienki na parterze zostawił niezamknięte. Poszliśmy tam rankiem, drzwi wejściowe opieczętowane, pchnięte okno uchyliło się, wskoczył Edek - dobrze znał rozkład mieszkania. Zostałem na czujce, gdy nagle zza krzaku bzu wyłania się z rewolwerem w ręku Schutzpolizei. Zabrali nas. A że wybroniliśmy się z zarzutu chęci rabunku, po odpowiednim przetrzepaniu nam tyłków -przekazali nas do Gestapo. Przesiedzieliśmy trzy miesiące - luty, marzec, kwiecień - w osobnych celach na ul. Łódzkiej. Miałem za towarzysza brudnego typa złapanego na pędzeniu bimbru. Potrafił rozmawiać tylko o bimbrze i o ziemniakach; nabawiłem się od niego mend. Na ścianach celi całymi dniami odczytywałem wyskrobane zapiski tych, którzy odeszli z wyrokami śmierci. Nocą z kapiącego kranu, kropla po kropli wywiercały mi dziurę w mózgu. Niczego nam nie udowodniono, tak, że wreszcie po wstawiennictwie byłego profesora języka niemieckiego zostaliśmy zwolnieni. Obiecałem sobie, że drugi raz nie dam się wziąć żywcem.
   W międzyczasie wysiedlono już Piątkowskich. Matka zamieszkała u innych przyjaciół - Dowoynów. Miała zadanie trwać - tu - na miejscu. Zjawił się niespodziewanie z G.G. (już wysiedlony) Antek Piątkowski i już na drugi dzień doniósł, ze jesteśmy z Edkiem na liście zsyłki na roboty przyfrontowe pod granicą belgijską a za dwa dni był gotowy przerzut. Edka ojciec nie puścił. Antek, Ada i ja zostaliśmy załadowani na ciężarówkę między paki z jakimiś tekstyliami i dowiezieni do Łodzi. Miejsce i godzina przekroczenia granicy pod Koluszkami uzgodnione. Ruszyliśmy nocą. Nad ranem byliśmy już w Generalnej Guberni. Stanęliśmy w Chęcinach. Piątkowscy byli tam dokwaterowani do żydowskiej rodziny. Pomagali sobie ludzie w czym mogli. Nosiliśmy chrust z lasu, a gospodarz odwzajemniał się kieliszkiem pejsachówki. Pracy na miejscu żadnej. Okolica piękna, ale głodna. W sercu Kielecczyzny, gdzie była największa fabryka maszyn rolniczych - chłop orał drewnianą socha, a zboże żęto na klęczkach sierpem. Z ojcem Piątkowskim chodziliśmy po wsiach za aprowizacją łowiliśmy ryby w Nidzie i Wiernej Rzece. Zjawili się Dowoyniacy: Sławek, Kazik i Buba. Ich znajomy dzierżawił tartak w Chmielniku, poszliśmy tam za robotników. Jeden z przyjaciół żywicował drzewa w okolicznych lasach. W niedziele Sławek urządzał "wieczory autorskie" - deklamował, śpiewaliśmy, dochodziła wiejska młodzież. Ten z lasu - donosił miód, Kazik dolewał spirytusu.
   Gdy w 194l r. ściągnęła Matka, zorganizowaliśmy wspólny dom w Kielcach. Zatrudniliśmy się w hucie Ludwików - Matka i Ada w administracji, ja jako tokarz narzędziowy. Kazik pracował w Samopomocy Chłopskiej, Buba była gdzieś sekretarką.
   Dużo się tam nauczyłem, przede wszystkim szacunku dla tych robotników, którzy zrazu patrzyli krytycznie na przybyłego sztubaka - nieudacznika. Robili mi różne figle z przemienianiem trybów w tokarni i cichcem obserwowali; a ja ich też podglądałem. Kiedy udało mi się uporać z "gitarą" - przemienny zestaw kół zębatych, a także samodzielnie naostrzyłem nóż tokarski - postawili pół litra i przyjęli do swego grona. Jan Kurczych - tokarz, samouk, uczył się w czasie pasienia gęsi, wykładał mi trygonometrię i sposób obliczania prędkości obrotów stosownie do rodzaju skrawanego materiału i jego średnicy. Zespół artystyczny narzędziowni zapraszał na wieczorki. Dołączył jeszcze do naszej "rodziny" Marian Pytasz - kolega gimnazjalny z Kalisza. Bardzo szybko powiązały się miejscowe kontakty. Każdy z nas podłączył się do konspiracji w najbliższym środowisku. Kto dojeżdżał z Wartelandu, kwaterował tydzień - dwa. Sąsiad - policjant granatowy, wyrabiał kenkarty na potrzebne nazwiska i jechali dalej, Np. Marian zaistniał jako Jan Zasępa. Nie podobał mi się tylko jeden - ex porucznik z Kalisza (Janczewski), którego młodszy brat już trafił do Oświęcimia, a ten trwał na miejscu w Kielcach i wykorzystywał Matkę do wyszukiwania informacji frontowych z listów niemieckich poczty polowej. Listy te przejmowali rzekomo nasi zakonspirowani pocztowcy. Skonfrontowaliśmy między sobą, kto z jaką konspiracją nawiązał kontakty: Kazik i ja - Bataliony Chłopskie, Buba - nie powie, Matka - Zw. Walki Zbrojnej. Marian zawyrokował: jadę na roboty do Niemiec - i pojechał.
   11 listopada 1942r., będąc po nocnej zmianie, odnawiałem w oficynie mieszkanie, do którego mięliśmy się przeprowadzić, kiedy o 12`00 wpadła Buba - było Gestapo! Zabrali Jurka Nuszkiewicza i Zbyszka Skibińskiego! (Kielczanin) - A ty? - Nie byłam na liście -I poszli? - Poszli! Wpadam do mieszkania sprawdzić co mogli znaleźć, a tu czeka na mnie gestapowiec, starszy wiekiem Austriak. Radzi mi zachować spokój, on tu czeka, a obstawa niebawem przyjdzie. Poleca zabrać bieliznę, coś do jedzenia... Matkę i Adę? Już zabrali, z biura. Potrzebuję na stronę. Ubikacja? Tam u sąsiadów Biernackich - prowadzi. Ubikacja tuż przy wejściu, a on włazi do kuchni tego granatowego i gawędzi z przerażoną gospodynią. Najwidoczniej daje mi szansę' ucieczki - II piętro, ale wiem, że Matkę i Adę już zwinęli, moja ucieczka pogorszy ich sytuację. Jest 11 listopada - polskie święto narodowe, to pewnie tylko łapanka dla zastraszenia...
   Przyszła obstawa i zawiedli do więzienia. Przekraczając bramę doznałem wstrząsu -przecież przysiągłem, że nie dam się po raz wtóry... Ale tam są: Matka, Ada, Jurek, Zbyszek...
   Przesłuchania wykazały, że wiedzą wszystko o listach z poczty polowej. Po co przychodził Janczewski?... Wymienialiśmy żywność przywożoną ze wsi, szmugiel... Bito... i to samo pytanie - ta sama odpowiedź. Patchke - tłumacz Gestapo wyjął mój pamiętnik poświęcony Oleńce i odczytywał fragmenty dowodzące wrogości wobec Niemców. Bito kańczugiem, skręcono kark, dłonie do kostek, bito gdzie popadło. Milczałem z zaciśniętymi zębami, znów pytanie i ta sama odpowiedź. Gdy zaczęli bić po nerkach zwaliłem się na posadzkę. Dalej bito i kopano, a gdy opuściło mnie już wszelkie czucie i zanieczyściłem - wywlekli za nogę ciągnąc przez korytarze i wrzucili jak ścierkę do celi.
   Po trzecim dniu przesłuchań miałem już otwartą ranę. Współwięźniowie robili mi nocą po kryjomu mokre okłady. Tego czwartego chyba nie przeżyję, będę udawał załamanie. Drżącym głosem oświadczyłem, że powiem wszystko. Podałem szczegółowo, że ser kupowałem na targu tam a tam, jeździłem pociągiem tym a tym... A pisemek konspiracyjnych nie widziałeś? - Widziałem, raz mi to ktoś wetknął na ulicy. - I co zrobiłeś? - Bałem się, wyrzuciłem. - W Boga wierzysz? - Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, w Jezusa Chrystusa i w Najświętszą Marię Pannę... - Przysięgniesz na krucyfiks? Wy łotry, przemknęło mi - przysięgnę... i przysiągłem. Skonfrontowano mnie jeszcze z Matką - głowę miała kwadratową, twarz siną z opuchlizny ledwo widoczne oczy patrzyły twardo. - Twój syn nam wszystko powiedział. Patrzyłem jej w oczy jednakowo twardo, zrozumieliśmy się.
   Potem była ucieczka z więzienia w sam wieczór wigilijny. Zabito "Księcia" drzwiczkami od pieca w czasie wybiegu jednej z cel do latryny, opanowano więzienie od wewnątrz. Nieliczna grupa zbiegła, mieli ściągnąć posiłki, lecz pierwsze zdążyły posiłki SS. Zlikwidowali tych, którzy znaleźli się poza celą innych wybiórczo. Zbiegł między innymi Zbyszek Skibiński. Zabrali za to jego matkę i siostrę. On, żeby je ratować zjawił się podobno pod więzieniem. Na wachcie był akurat ów Austriak - wrzasnął - Verrückte! Dał w gębę, kopnął w dupę i przegonił.
   Po kilku dniach rozesłano wszystkich do obozów. Widziałem jeszcze spoza krat, jak na podwórcu formowano do Oświęcimia - Brzezinki kolumnę kobiet. Stała Ada i pani Skibińska i siostra Zbyszka. Ada stała jakby w martwej obojętności, nie zdołałem sprowadzić jej wzroku, pozostawała jakby w przeczuciu dopełniającego się losu... Matki nie było.
   Jestem więc w Oświęcimiu. Barak okratowany, betonowa posadzka, noc ciemna -cichy szept modlitw. O ciemnym zimowym brzasku, gdy już kłóciły się światła elektrycznych lamp z mgiełkami poranka, przecieka przez ciszę chrobotanie do szyb. Zamajaczyły zewnątrz, za oknami, jakieś postacie - twarze niczym upiory, wielkie oczy - oczodoły prawie bez oblicza, usta mamroczą: macie coś, coś do jedzenia - rano, rano wam zabiorą... Głosy były jękliwe, żebrzące z jakąś rozpaczliwą nadzieją. Wyrzucamy co kto ma przez fragmenty wybitych szyb. Tam - wyrywają sobie jak kruki w jakimś zwolnionym tempie szamotania, słaniają się... i nagle rozpierzchają jak spłoszone stado - słychać razy, które obrywa jakiś mniej przezorny i wrzask jakiegoś funkcyjnego - "spier...dalać muzułmany". Czyżby tu byli polscy muzułmanie?
   Funkcyjni, zwani kalifaktorami, przyszli do nas około ósmej rano. Zdrowe, swoje chłopaki, ubrani w te śmieszne pidżamy, ale wyglądały spod nich grube wełniane swetry. Rozpoczęli wstępne czynności administracyjne. - Rozebrać się! Do naga! Szmaty tu na kupę. Kupa wyjechała następnie na wózkach. Ktoś zwrócił uwagę - ui zimno, beton, zaziębimy się. - to prędzej znajdziesz się na wolności. - Chorych zwalniają? - Tak, przez komin. He, ale frajer. - A kto to byli ci tam za oknem? - To muzułmany. - A oni skąd tu? - He, He za miesiąc będziesz taki sam; masz może cos schowanego, pierścionek, złoto? Nie? Tak i chuj z tobą.
Potem wygolili nas - to żeby mendów i wszy nie było. Dbają s-syny pomyślałem.
   Następnie spisywali personalia i przypisywali numery, znaczone tymczasowo na piersiach chemicznym ołówkiem. - Od tej pory ty jesteś ten numer, a nie jakiś tam Kowalski, zapamiętaj, naucz się go na pamięć i to po niemiecku, bo jak nie - zginiesz jak amen w pacierzu. Na ten numer dostaniesz zryć i na ten numer przyjdzie twój ostateczny wyrok.
   I tak przetrzymano nas przez cały dzień do dwudziestej. Jedynym sposobem na podtrzymanie temperatury ciała było podrygiwanie, napinanie mięśni, niektórzy garnęli się w kupy. Gdy po dwudziestej w obozie zapadła nocna cisza, popędzono nas do łaźni -biegiem, trójkami. Przepędzili nas uliczkami między blokami, drogą okrężną żeby wydłużyć czas hartowania. Padał śnieg, pod stopami breja, mięśnie były tak spięte z zimna, że nogi skakały jak sprężyny. Nareszcie łaźnia. U wejścia każdy dostał kostkę mydła z gliny i - pod zimne prysznice. Potem gorący tusz, znów zimny, znów gorący, na koniec zimny i bez wycierania wypędzono nas na dwór pod Effekten Kammer (magazyn odzieży). Tu z okienka rzucają gacie, w następnym koszule i tak po kolei: portki, kapota płócienna z pokrzywy, onuce, saboty, płaszczyk a la szlafrok, wreszcie mycka i numer sztuk 2 wymalowany olejno na skrawkach płótna z czerwonym winklem i literą P (jeden do naszycia na portki w miejsce lampasa, drugi na kapotę w miejscu gdzie przypina się ordery).
   Tak umundurowanych zaprowadzili nas wreszcie na blok kwarantanny, gdzie oczekiwała służba blokowa. Blokowy - z winklem zielonym, przy wejściu odliczył sztuki i pokwitował. Ustawili nas w szeregu w długim korytarzu, a z mową powitalną wystąpił Schtubendienst - ładny chłopak, rosły, buzia krąglutka, winkiel czerwony z literą P - nasz - pomyślałem. Ogłosił: "Przyjechaliście do najlepszego obozu Auschwitz, tu obowiązuje porządek i czystość, a żebyście nie myśleli, żeście przyjechali do sanatorium... ty, jak stoisz!"
- i zdzielił w pysk pierwszego z brzegu, nie ułomka, który zwalił się na posadzkę i jeszcze wywinął kozła nakrywając się nogami. Jak on to zrobił? Ale już wali się następny wybraniec - dostał w pysk garścią odchyloną o 90° od przedramienia i gwałtownym zwrotem barku -łokciem w ucho - efekt piorunujący! Wstawał taki potem i ledwo trzymał się na nogach. "Tam w kotłach jest wasz dzisiejszy obiad, bierzcie tu ze stosu po kolei miski i pojedynczo po zupę i ziemniaki, z tym do kolejnych sypialni, tam zjecie, miski umyjcie w umywalni i każdy już miskę będzie miał przy sobie. Śpi się pojedynczo, każdy na wybranej koi.." Koje trzypiętrowe, tak, że do jedzenia siedziało się we trzech w parterze, a potem do spania po kolei w górę. W jednym kotle była "zupa" - rozgotowany jarmuż, w drugim ziemniaki w łupach - nieprzebrane, widzę, że gdzieniegdzie zgniłe. Podstawiłem miskę po chochlę zupy, a po garść ziemniaków nadstawiam myckę (czapkę). Za takie wybredzanie dostałem w pysk i wrzucono mi ziemniaki w jarmuż, aż obryzgało mi "garnitur". Siedzimy wreszcie na koi. Jedni nie jedzą - "to gorsze niż dla świń". Mówię - jedz wszystko co dają, bo żadnego straconego posiłku nie odrobisz. Wyjąłem po kolei te trzy ziemniaki, oblizałem, obrałem, pokruszyłem do "zupy" i na złość żołądkowi, który nadal trzymał się w skurczu, żułem powoli, z rozmysłem, że każdy kęs - to ileś godzin życia. Któryś tam, zresztą sympatyczny chłopak zawyrokował - takie chuchro jak ty, to do miesiąca wyfrunie kominem. Ty pierwszy - odparowałem. I jakże było mi przykro, gdy ten w ciągu kilku dni został odesłany na Krankschtubę z zapaleniem płuc i już nie wrócił.
   Przez tydzień czasu nie widzieliśmy jeszcze obozu. W czasie apelu byliśmy odliczani na bloku. Okna były zakratowane, a szyby zamalowane. Czas schodził na musztrowaniu, rozrzucaniu i zaścielaniu łóżek, zamiataniu i glancowaniu posadzek ze skałodrzewu. Najschludniejsza i przestrzenna była ubikacja. Urzędował tam Scheiskalifaktor - taki sobie polski chłopak. Klopiki wyposażone w spłuczki, były porozstawiane na całej powierzchni, w siatce jakieś 2 x 2m, bez przegród. Gdy wszedłem na posiedzenie, właśnie starszy człowiek wstawał z pobliskiego sedesu - nim spuścił wodę. Doskoczył Scheiskalifaktor - ty pierdolona inteligencja, to ja ma wąchać twoje gówno! - i w pysk go, za kark, mordę we własne gówno, kopa itd.
   Na dwa dni przed rozdzieleniem nas na Komanda, zostaliśmy przesiedleni do innego bloku, nadal izolowanego, ale tu można było uchylić okno i wieczorem, po apelu, poprzez kraty - wymienialiśmy informacje z więźniami z zewnątrz. Pytali skąd i kto. Dowiedziałem się, że Jurek Nószkiewicz - ten wzięty z naszego domu, był w transporcie kilka dni przede mną, "poszedł" na jakieś Komando zewnętrzne. Zaprzyjaźniłem się z innym Jurkiem z Radomia. Śpiący na koi pode mną niejaki Słoń - student chemii, z Łodzi, zwierzył mi się, że dogadał się ze znajomym Forarbeiterem z Komanda samochodziarzy. Obiecał, że przyjdą po niego, a on w ząb nie ma pojęcia o samochodach. Wyjaśniłem mu na czym polega różnica silników dwusuwowych, czterosuwowych, zapłonu diesla - nabrał nieco pewności siebie. Inne Komanda to - roboty ziemne, ciągnięcia wałów, noszenie kamieni z jednej kupy na drugą-i z powrotem... Gdzie mnie się trafi?...
   Następnego dnia wieczorem, przed nami ostatnia noc, Schtubendinst ogłasza Betruhe - wszyscy do łóżek. Wlazłem na swoje trzecie piętro, ściągnąłem już portki, gdy z korytarza dochodzi: Die Autoschlosern antreten! Słoń ubiera się gorączkowo i wybiega. Zastanawiam się moment - skoro Słoń mechanikiem, to czemuż by też nie ja. Pobiegłem trzymając jeszcze portki w garści i stanąłem na końcu szeregu jakichś już trzydziestu ludzi. Kapo, słusznego wzrostu; winkiel czerwony, egzaminuje zatrącając śląską gwarą. Pierwszy kandydat - konstruktor lotniczy, drugi - inżynier samochodowy, a w międzyczasie Schreiber Komanda - Niemiec z czerwonym winkiem, niski, krągławy typ pyknika przespacerował się wzdłuż szeregu zerkając po pyskach; zatrzymał się przy tym ostatnim i patrząc już gdzieś w przestrzeń pokręcił mi guzikiem u kapoty i odszedł. Gdy kapo zawołał jeszcze - Słoń, który wystąpił na trzeciego, orzekł - wir haben schon genuk - Schreiber trącił go łokciem i nieznacznym ruchem głowy wskazał w moim kierunku - "No dawoj tego gówniorza" i dodał - "pamiętajta - zara po apelu, po komendzie: "Komando formiren" - biegłem pod blok 21 - jak się zgubita, nie będziemy was szukali, przepadnieta!"
   Prawieśmy nie spali wyczekując ranka. Pierwszy apel przed blokiem. Po rozkazie "Komando formiren" - pędzimy pod blok 21, aż poczułem zapach smarów samochodowych -hej Słoń, to tu! Chłopaki potwierdzili, że to oni - Fahrbereischaft bauleitung II. Niebawem ruszyliśmy w szyku trójkowym. Przed bramą po lewej - gra marsza obozowa orkiestra, Kapo idzie równolegle z czołem kolumny i podpowiada krok: links, links, links und links.
   Idziemy sprężyście. Świta SS stojąca pod Schreischtubą (to ten blok co jaśniał nocą), odbiera defiladę. Przed bramą SS Scharfiirer naszego Komanda odlicza stan ludzi, kwituje sztuki na dokumencie i odprowadza do warsztatów w terenie, poza obozem. Na inne Komanda czekają u bramy Postynkiety (nadzór SS - Gestapo nad poszczególnymi Komandami) z rwącymi się na smyczach psami, obnażającymi kły ze wściekłym charczeniem.
   Przydzielono mi za pierwsze zadanie skrobanie nagaru z bloku silnika ciężarowego wozu. Wszyscy rozeszli się, każdy do swojej roboty tak, że zostałem sam na tej hali. Skrobię i rozglądam się. Tam, za zakratowanym oknem zima, śnieg po horyzont. Zamarzyłem iść tam, w ten śnieg, iść i iść, dokąd też możnaby zajść? I nagle zza pleców - "Ty myślisz, że tamtędy se można pójść?" To Kapo, a przy nim Scharfiirer SS. Uśmiecha się Kapo do Scharfiirera (dowódca Postynkietów) - trzeba dać mu nauczkę..., "byś wiedział, że tam na piątym kilometrze są posty, karabiny maszynowe, te pieski, któreś widział przy bramie. Tu jeszcze nikt nie uciekł. Każda próba ucieczki nas kosztuje godziny stania na apelu, a uciekiniera i tak powieszą... Bolek! - a chodź, bier go za głowę, Franek - bij, dwadzieścia pięć na razie". Po wykonaniu przestrogi kazał jeszcze poskakać żabką dla rozluźnienia pośladków. Chłopaki śmiali się ze mnie, a kołek był tęgi, dębowy styl od łopaty. Gdzieś w południe zawołali, bym skoczył tam do piwnicy, uchylili klapę w podłodze, a gdy zawahałem się - popchnęli kopniakiem, że sturlałem się po stromych stopniach wprost pod stół zastawiony miskami. "No jedz, boś zmizerniał". Zjadłem pełną michę gęstej zupy z nudlami (kluskami). Czego tam nie było, sam nie wiedziałem - "to zorganizowane, morda w kubeł i ani pary z gęby!" Była to zapłata za wykonanie podwójnego dna w wózku transportowym kursującym między podobozami, do Brzezinki też.
   O czternastej dowieźli nam zupę obozową - bo rozumiesz, jesteśmy komendirowani. Tam na blokach żarcie jest dopiero po apelu (po 1500), a my pracujemy do siedemnastej.
   W czasie apelu Scharfiirer sprawdził stan i odmeldował telefonicznie. Wracaliśmy z pracy już po apelu, prosto na blok. Na bloku Schreiber Komanda dopilnował, bym dostał właściwą koję, - "gdzie - tamta na górze? - przecież tam spałeś ty", wskazuje na typa w średnim wieku - "zamieniłem, tam zacieka, duszno, nabawię się reumatyzmu" - "masz prawo pierwszy mieć ten reumatyzm, a di Jungę muss leben." Potem zaprowadził do blokowego i ustalił, że będę odmiatał śnieg pod blokiem. Zamiotłem i znów dostałem miskę wyskrobków z kotła, a na kolację przydział ćwiartki chleba. Pokazał się Jurek (ten z Radomia), dostał się do robót ziemnych. Przemarznięty, głodny. "Jurek - codziennie o tej porze masz tu miskę zupy, zarabiam, to dla ciebie, mnie wystarcza". Chleb zostawiłem na rano do kawowej lury, ale była ciepła; w pracy zupa komandirowa, po pracy zupa na bloku i zupa wyzamiatana - dla Jurka.
   Na poznanie obozu nie miałem wprost czasu. Chodziłem wcześnie spać, żeby rano zdążyć z odśnieżaniem. Zima była ostra. Czasami wybiegaliśmy w teren, żeby ściągnąć jakiś samochód z trasy. Wtedy widziałem różne grupy więźniów przy "syzyfowych pracach", mieli odmrożone ręce, palce zczerniałe, nadające się tylko do amputacji; słoniowate opuchlizny nóg, podbiegłe ropą z otwierającymi się ranami. Tu i tam kapo dobijał kołkiem jakiegoś "muzułmana". Tamtego zabili, bo wlazł do latryny i jadł własne gówno.
   Jednego ranka spóźniły się nasze "posty" (obstawa SS), postawiono nas z boku pod Schreibstubą i odebraliśmy "defiladę" komand wymaszerowujących z całego obozu. Najpierw szli dobrze odżywieni młynarze, piekarze, psiarczycy, stolarze, hydraulicy - szli dziarsko w takt granego marsza. Stuk drewniaków wzmacniał rytm bębna i talerzy, a potem -uformowane w kolumny, tysiące zmuzułmaniałych. Na czele każde kolumny - jurny kapo z pałą w ręku i jego Vormani, kilka szeregów średniej kondycji, a za nimi - ludzkie powłoki. Orkiestra rżnie skocznego, tanecznego marsza, frywolnie wtórują dzwoneczki cymbałów, dodatkowo krok ustala - links, links, links und links... (lewa, lewa). Na kamiennych twarzach rysuje się najwyższe napięcie - by dotrzymać kroku, nogi podrygują konwulsyjnie i klapią chodaki, mróz poniżej -15°C, wszyscy jesteśmy w tych płaszczykach z pokrzywy. Ja pójdę do warsztatów, oni pozostaną 9 godzin na powietrzu - w śniegu i na wietrze. Niektórych podpierają i podciągają koledzy - byle nie wypaść z rytmu; liczę dla ilu z nich jest to ostatni wymarsz - wrócą na marach... Wyjść muszą wszyscy. Dzienne racje będą wydane na stan tych wyprowadzonych. Ilu padnie w czasie dnia - to zysk blokowych i kapów. Mord jest wkalkulowany w codzienny zysk prominentów i utrzymanków...
Innym razem z powodu czyjejś ucieczki opóźniono powrót komand, zatrzymano nas u wejścia, ludzkie powłoki wlokły nogami i dźwigały mary ze spokojnymi już zwłokami swoich kolegów. Ordnung muss sein! Ustawiają się do apelu rzędami, trupy układają w pierwszym szeregu między sobą. Numer musi pozostać na miejscu, aż go sprawdzą i wykreślą z ewidencji - na dzień jutrzejszy. Temperatura spadła już poniżej -20°C. Wszyscy muszą stać na baczność, każdy ruch, czy próba tupania - to spadające gdzie popadło razy. Jedyny sposób rozgrzewania, to dyskretne wzruszanie ramionami i prężenie mięśni - a ci co tych mięśni już nie mają? Trzymano nas do 22`00, aż nadszedł meldunek, że psy wywlokły uciekiniera z kryjówki. Po komendzie: rozejść się - ludzka masa skłębiła się. Było tak gęsto, że gdyby wyskoczyć po ramionach sąsiadów nad ten tłum - można by biegać po głowach jak po podwórkowym bruku.
   Wydaje mi się, że przy tych minimalnych porcjach pożywienia jakie były 'fasowane", można by wegetować, ale jeśli każda porcja była okradana - z każdego bochenka chleba dzielonego na cztery pajdki, wykrawano środkową kromkę; margarynę wrzucaną do kotłów w obecności SS-mana, idący w ślad kucharczyk wyławiał chochlą do wiadra; niedzielna marmolada przydzielana wiadrami na bloki, zaledwie w połowie trafiała do dystrybucji...
Jedni desperaci, póki jeszcze stało resztek siły psychicznej, szli na druty; niektórzy porywali łom na Kapo i byli szybciej zabici. Nie wydaje mi się w tych warunkach wielkim poświęceniem, czy bohaterstwem, że o. Kolbe oddał się w zamian za innego więźnia. Bohaterów było wielu, ale też i nikczemników, także wśród księży, którzy spowiadali za dzienna rację chleba.
   Kastowość była tu jakby przyrodzonym, naturalnym "ustrojem". Mierzwą była ta ludzka masa, z której żyli funkcyjni - warstwa uprzywilejowana, a nad nimi władzę sprawowało SS. A gdy poczęły nadchodzić transporty Żydów z całej Europy - wprost do komór gazowych, wyłoniła się mafia, która obstawiała "Kanadę", opanowała sortownie i magazyny odzieży oraz całego dobytku, jaki zwozili oni całymi kuframi i walizkami. Rozpowszechnił się handel ciuchami i złotem. Funkcyjni zaczęli nosić pod pasiakami puszyste swetry i flanelowe koszule, skórzane buty, wełniane skarpety. Za złoto SS-mani donieśli spirytus, a nawet indyka. I w tym wszystkim wykształciła się pogarda dla zmuzułmaniałych, pogarda frajerstwa. Liczyły się znajomości i powiązania - "Ja z Radomia -ty z Radomia - a tamtych znałeś - toś swój, a tamten? - chuj z nim."
   Panowały też anse i awersje regionalne, czy tez narodowościowe. Był w naszym Komandzie jedyny Francuz - "żabojad". Pozostał jako ostatni z całego transportu komunistów, których ewidencję ofiarował Stalin Hitlerowi w dowód przyjaznej współpracy. Podobno wytępili ich nasi, wypominając poddanie Linii Maginota. Za to mnie, dostało się w pysk, już na wolności - od grupy byłych więźniów francuskich z Dachau - gdy pochwaliłem się pobytem w Auschwitz. Cóż, oberwałem za "swoich", chociaż byłem szczerze zaprzyjaźniony z tym ostatnim Francuzem, który opowiadał mi swoją gehennę.
   Pytasz jaki był skład narodowościowy i społeczny w Oświęcimiu? Właściwie przyznam, że zaskakuje mnie to pytanie. Nie zaistniało w mej świadomości to zagadnienie. Był to koncentracyjny obóz zagłady Polaków. Czy nie było w Oświęcimiu Czechów? - Chyba nie, nie spotkałem, nie utrwalił mi się stamtąd żaden kontakt. Spotkałem ich dopiero w kolejnych obozach (Sachsenhausen). Odnosili się do nas z dużą rezerwą a to za sprawą Zaolzia 1938r.. Z naszej strony, przezywani Pepikami, budzili zazdrość z racji otrzymywanych zasobniejszych balików (paczek) od swoich rodzin.
   Nieliczną grupę stanowili więźniowie niemieccy z około dziesięcioletnim stażem funkcyjnym - przeważnie ci z zielonymi "winklami" (trójkątami - przed rejestrowym numerem) z pierwotnych hitlerowskich obozów z lat trzydziestych, wśród nich też nieliczni więźniowie polityczni z winklami czerwonymi - przeważnie byli działacze komunistyczni, następnie odmieńcy religijni z winklami fioletowymi - i seksualni w winklami różowymi. Funkcyjni byli mianowani i instruowani przez gestapowski nadzór obozu począwszy od komendanta obozu - stosownie do funkcji jakie mieli spełniać: morderców, nadzorców, porządkowych, administratorów itp.
   Cała reszta - nastu tysięcy "zakwaterowanych" w obozie centralnym - męskim, to byli Polacy - winkiel czerwony z literą "P". Nie różnicowano kolorami winkli naszych przestępstw, popełnionych wobec III Rzeszy - tak, że w tym tłumie nierozpoznawalni byli "bohaterowie" partyzantki i konspiracji, czy intelektualiści, złodziejaszki, chłopi co nie dopełnili obowiązkowych dostaw, przypadkowe ofiary ulicznych łapanek, czy ci, których nakryli na pędzeniu bimbru, zakładnicy wzięci przy akcjach pacyfikacyjnych. To była ta mierzwa, której prochami, po przejściu przez piece krematoryjne użyźniano pola obozowych plantacji jarmużu i pastewnego buraka jak i całego obszaru obozowego gospodarstwa rolnego.
   Byli nieliczni Polacy wyznania mojżeszowego z naszytymi na plecach gwiazdami Dawida, zachowani szczególnie dla obsługi komór gazowych i krematoriów, do których sami trafiali po wypracowaniu przyznanego limitu. Żydzi europejscy, wprost z transportów - szli do komór gazowych w obrębie filii oświęcimskiej Auschwitz - Birkenau (Brzezinka). Cyganie byli skoncentrowani w odrębnych sektorach Brzezinki, w pobliżu obozu kobiecego, również planowo eksterminowani w komorach gazowych. Rosjanie - jeńcy wojenni, wymierali z zimna i głodu na gdzieś wydzielonym poligonie pod gołym niebem.
   Funkcyjni, o których wyżej wspomniałem - to bezpośredni oprawcy i nadzorcy realizujący terror koncentracyjnego życia i śmierci: - Blokowi - nadzór i organizacja egzystencji w miejscu "zamieszkania", dysponowali pomocnikami Stubendienstami, po jednym na każdą "sypialnię", ten z kolei dysponował sforą Kalifactorów, - Capo (Kapo) - nadzór i "organizacja" pracy Kommanda (Komanda) - rodzaju lub miejsca pracy, czy wykonywanych uciążliwości, dysponowali Vorarbeiterami, ci z kolei Vormannami. Każdy z funkcyjnych miał prawo bić i zabić wg własnej inicjatywy i upodobania bez jakiejkolwiek odpowiedzialności czy uzasadnienia. Kommanda można podzielić na: produkcyjno-przemysłowe jak Buna Verke (prod. sztucznego kauczuku), rolniczo-ogrodnicze czy usługowe jak szewcy, krawcy, młynarze, piekarze, wreszcie różne warsztaty i roboty budowlane, komanda "powszechnej uciążliwości" tj. prac syzyfowych jak ciąganie wałów, przerzucanie ton kamieni z miejsca na miejsce itp., wreszcie Schtraf Kommanda - karne. - Nad każdym Kommandem, stosownie do jego funkcji "czuwał" z ramienia Gestapo Scharfurer SS, a bezpieczeństwo zapewniali uzbrojeni, z towarzyszącymi psami oddziały - pododdziały SS zwane Postami, które reagowały w wypadku niesubordynacji więźnia - Haftlinga nr... wobec funkcyjnego, lub oddalenia się, czy próby ucieczki.
   Ponad tym "światem degeneracji" działał wymiar sprawiedliwości Gestapo ferujący wyroki według dalszego ciągu spraw i dochodzeń śledczych, lub spraw doraźnych. Wyroki wykonywano w Bloku 11 i pod Ścianą Śmierci. Innym wyrazem wyroków losu była sukcesywna redukcja chorych w obozowym szpitaliku - Krankstubie, zarządzana i nadzorowana przez lekarzy SS (zastrzyki fenolu).
   Taki był mój stan świadomości i obiektywnego odbioru warunków obozu oświęcimskiego na przełomie lat 1942/43. Kto by jednak pragnął pogłębić prawdę o Obozach Zagłady, powinien sięgnąć do dokumentów Muzeum. Samo jego zwiedzanie nie odda skali upodlenia i wyniszczenia milionów, wręcz przeciwnie - budzi niewiarę w możliwości tego skrawka zagospodarowanej przestrzeni. Człowiek w niewoli ma dużo czasu na myślenie, jeżeli nie sparaliżuje go strach o samego siebie. W warunkach czyśćcowych obnażają się serca, pękają nieokrzepłe zasady moralne, pogłębiają inne. Napięcia woli i umysłu sprzyjały przekraczaniu barier niewoli i przestrzeni, a także czasu przyszłego - w telepatycznych kontaktach bliskich sobie osób. Jak wspomniałem, Ada trafiła do Oświęcimia - Brzezinki. Nie udało mi się nawiązać z nią żadnego kontaktu. Pożegnałem ją telepatycznie, kiedy jednej marcowej nocy 1943r. śniłem, że wyprowadzam ja ku wolności. Wspinaliśmy się wśród śnieżnej wichury na szczyt Alp,
a wolność była tuż - po tamtej stronie grani. Jedną ręką dosięgłem krawędzi ostrej skały, wichura pędziła śniegiem przeciw, drugą ręką podciągnąłem Ją ile sił i odczułem z przerażeniem, jak słabnie uścisk Jej dłoni - aż wymknęła mi się, ginąc w białym tumanie. Wiedziałem - nie żyje...
   I tak dotrwaliśmy do wiosny 1943r. wraz z Jurkiem, który mając depozyt pieniężny w obozowej kantynie rewanżował się zaopatrując mnie w papierosy. Gdy tegoż marca 1943r. dla rozładowania obozu w Oświęcimiu rozpoczęto wysyłkę więźniów w głąb Rzeszy, mój numer znalazł się na liści transportu. Wyreklamował mnie kapo z komanda warsztatów obsługi transportu samochodowego. Ale gdzieś po tygodniu mam senne widzenie: unoszę się niby lotem motyla nad zespołem barakowym jakiegoś obozu. Widzę dokładnie jego usytuowanie - na łagodnym zboczu lesistego wzgórza. Między linią drutów a lasem zalega zielona łąka, a wszystko oświetla poświata księżyca. Zaglądam do okien skrajnie położonego baraku i widzę więźniów śpiących pokotem. Pomyślałem sobie - i tu żyją ludzie. I wtedy usłyszałem stanowczy głos mojej Matki: "tędy twoja droga do wolności". Poprosiłem następnego dnia kapo, by w razie wyznaczenia do następnego transportu już mnie nie reklamował. Ostrzegał. Opowiedziałem mu sen. Jak chcesz -odpowiedział. Kolejnej nocy budzi mnie wywołanie mojego numeru. Żegnam krótko kolegów z komanda i idę na blok kwarantanny. Fama niesie, że transport jedzie do Flosenburga, pod Alpy, do kamieniołomów. Spotykam Jurka - trzymajmy się razem, miałem dobry sen. Jego przeraża myśl o kamieniołomie. Mamy jeszcze dwie szanse - pojechać jako fizycznie sprawni, lub odpaść jako niesprawni. Rano defilada golasów przed SS-mańską komisją lekarską - biegiem. Ściskam Jurkowi rękę - biegnij! Załamał się, zwolnił, zatrzymał przed SS-manami i pokazuje, że łomocze mu serce - "am links!" Ja, choć ze ściśniętym sercem, przebiegłem nie spoglądając na SS, ani na links (lewo). Jaki był dalszy los Jurka? Już się nie dowiedziałem...
   Wylądowaliśmy transportem 300 więźniów w Gros Rosę. Po miesiącu kwarantanny - Sachsenhausen, wreszcie Komando Heinkel - Oranienburg,
Epilog oświęcimski miał mi się objawić jeszcze w zimie 1945r., kiedy zjechał na Hainkel transport ewakuowanych stamtąd prominentów (funkcyjnych). Zakwaterowano ich na jednej z pustych hal fabrycznych.
   Pierwszy na rozpoznanie poszedł do nich Bogusław. Wrócił blady, roztrzęsiony z oburzenia. "Nie chodź tam Józek! To same polskie skurwysyny. Niczego im od nas nie potrzeba - żrą gęsi i chleją wódę, handlują złotem, SS-manów już mają w kieszeni..." Po tygodniu trafił na naszą halę obrabiarek jeden z nich - młody wesołek, pewny siebie, chłopak gdzieś z Centralnej, po maturze. "Ale wy tu chujowo żyjecie, tam była laba." -A coś tam robił? "Byłem blokowym na babskim bloku! Jak mi przywieźli dziewczyny z Powstania - chłopie! Każdą jedną miałem za łyżkę marmolady!" Cały tydzień "rekolekcji" kosztowało mnie, by mu uświadomić jakim był skurwysynem, gorszym od tych (zielonych) kryminalistów, wyzutym z wszelkich ludzkich odruchów, gorszym od ostatniego bydlęcia. Nazwanie go świnią jest obelgą dla świni! Jedynym stosownym określeniem może być "ludzka padlina". Czy wiele zrozumiał ten naśladowca "nadludzi" - nie wiem, przynajmniej przestał się chwalić...
   Potem przyszedł jeszcze jeden transport z Oświęcimia, ale już nie prominentów -zwykłych więźniów. Z całego składu towarowego odkrytych wagonów jaki zajechał na bocznicę - nikt nie wysiadł. Stali wszyscy wyprostowani, bo w tym ścisku żaden nie mógł się nawet pochylić. Gdy otwarto burty (wrota węglarek) - posypali się jak kłody drewna, wszyscy byli zmarznięci na kość. Układano z nich stosy wysokości trzech metrów. Sztaplowano jak deski. Było ich półtora tysiąca. Potem ich stosy podlano benzyną i spalono. Hańba ich pamięci... też na nasze "głowy".
  Pytasz o Gross-Rosen? Gross-Rosen to był szczególny przypadek... Przypadek możliwości analizy psychospołecznej wydzielonej grupy narodowościowej. Z Oświęcimia wyjeżdżaliśmy jako uprzywilejowana grupa wyselekcjonowanych więźniów przeznaczonych do pracy w przemyśle na rzecz III Rzeszy - takim oświadczeniem "żegnał" nas w swym przemówieniu wyższej rangi oficer Gestapo. Było nas 300 "sztuk" w niezłej kondycji fizycznej. SS-mani byli wprost uprzejmi - karabiny trzymali spokojnie na ramieniu, lufy ku niebu. Wyfasowaliśmy na drogę po pół bochenka chleba i konserwie. Marcowy ranek - pogodny, szło już ku wiośnie. Pociąg ruszył, atmosfera wycieczkowa, wagony bydlęce, ale z otwartymi po jednej stronie wierzejami w których Post siedzi ze spuszczonymi nogami, a karabin trzyma w objęciach jak znudzoną już dziewczynę. Rozlokowaliśmy się dowolnie na siedząco, na podłodze i napoczynamy przydzielony fasunek. Tak upłynął nam dzień jazdy z wypatrywaniem stron świata, lecz przed wieczorem wierzeje zamknięto. Monotonia stuku kół uśpiła nas wreszcie tak, że gdy gdzieś o świcie ustał ruch pociągu nie zdawaliśmy sobie sprawy czy to już meta, czy stanęliśmy gdzieś pod semaforem. Lecz gwałtowny odgłos ujadania sfory psów uświadamia, że jesteśmy na miejscu. Obcy Ss-mani z furią rozwierają wierzeje, po kilku - trzech do pięciu wskakują do wagonów, tłuką kolbami zaspanych ludzi gdzie popadło i wrzeszczą - raus! Alles raus! Abteilung formieren! Kto niedobudzony pęta się jeszcze nie uświadamiając sobie co i gdzie - dopadają go psy na poluzowanych smyczach.
   Stacyjka niewielka. Wprowadzają nas na drogę biegnącą wśród wiejskich zabudowań. Jacyś ludzie wyłażą z chałup, gapią się, słyszę komentarz "das sind di Banditen"; jakiś dzieciak podbiega z kamieniem w ręku, rzuca w nas i wrzeszczy "stinkt" (śmierdzi) -wyrwałbym mu nogi z dupy - przeniknęło mi. Dalej szosa prowadzi pod górkę, ale to nie pod Alpami - do Flosenburga jechalibyśmy znacznie dłużej. Po prawej dostrzegamy jednak wyrobiska kamieniołomów... Zbliżając się do terenu obozu, wzrok mój przykuwa jego usytuowanie - łąka biegnąca do krawędzi wyżej położonego lasu. To przecież ten krajobraz jaki śniłem przed wzięciem do transportu.
   Napis na bramie informował, że jesteśmy w K.L. Gross-Rosen. Po dopełnieniu formalności przeliczenia sztuk - równe trzysta, blokowy w towarzystwie dwóch Stubendienstów (wszyscy - winkle zielone), odprowadzili nas do specjalnie przygotowanego baraku, dodatkowo odrutowanego, zlokalizowanego wzdłuż drutów właściwego ogrodzenia pod wysokim napięciem, odgradzającym obóz od tejże wypatrzonej łąki, nad która górował las.
   Barak był pusty - dwie sypialnie przedzielone częścią sanitarną z niewielkim korytarzykiem przy wejściu. Pryczy brak, stoją natomiast pod ścianą stosy sienników ze świeżą słomą. Na jedną Stubę (sypialnię) przypada 150 ludzi, sienników chyba tylu nie ma... A jeszcze około 9m2, w każdej Stubie zabierają Packkametry Błockowego i Stubendienstów -będziemy leżeli pokotem, tak jak widziałem to we śnie... Tak, to jest to, co śniłem - ?tędy droga do wolności"?... Wreszcie Blockowy wyjaśnił nam, że on tu jest władzą bezpośrednią jakkolwiek celem naszego pobytu jest odbycie kwarantanny przed dalszym przeznaczeniem do właściwej pracy. Podstawowym naszym obowiązkiem jest Ordnung - subordynacja, porządek, przestrzeganie zakazu kontaktów i rozmów z miejscowymi więźniami. Terenem naszego przebywania jest wyłącznie barak i wybieg przed barakiem bez podchodzenia do drutów ogrodzenia. Każda niesubordynacja będzie skutkowała przeniesieniem do komanda K.L. Gross-Rosen, czyli kamieniołomów, a tam codziennie żniwo, to kilkadziesiąt trupów, które przeistaczają się w ów dymek ulatniający się z komina pobliskiego krematorium. A ten dymek snujący się między pagórkami, był codziennie odczuwalny mdlącym, słodkawym odorem.
   Wyżywienie standardowe, jarmuż lub brukiew, 1/5 chlebka i kawa ks. Kneipa. Nie było tzw. Zulagi - dodatkowej pajdki roboczej, wszak byliśmy wczasowo-bezrobotni. Narastający głód oszukiwaliśmy papierosami, które lawinowo rosły w cenie. Miałem jeszcze zapas ofiarowany mi przez Jurka w Oświęcimiu, ale także dwóch kolegów z komanda Farbereitschaft Bauleitung II. Co wieczór na komendę "schlafen gehen" (iść spać) zaścielaliśmy siennikami całą podłogę i układaliśmy się szczelnie jak szproty w konserwie, każdy leżąc na boku. Ułożenie się na wznak było niemożliwe. Zaistniała w tych warunkach równość więźniarska zarysowywała się jedynie w wybiórczo nawiązywanych kontaktach. Całodzienna bezczynność sprzyjała odnajdywaniu się różnych grup. Pierwsi poczęli się wyróżniać "arystokraci", którzy poczęli się wzajemnie tytułować, a to - panie pułkowniku, panie magistrze, szanowny panie radco, mecenasie itp. Nie stanowili oni jednak jakichkolwiek indywidualności, które by dominowały autorytetem i wpływały na otoczenie. Zrzeszyli się w utytułowaną grupę izolującą się od ogólnego pospólstwa, zgłaszając blokowemu dezyderat "Zamieszkania" wspólnie na jednej stubie - o, w tamtym kącie, po czym ustanowili własną kolejność legowiska.
   Po tygodniu, gdy poczęły nadchodzić paczki żywnościowe, przeadresowane via Oświęcim, zaczęło się przedziwne różnicowanie społeczne tej skromnej grupy 300 więźniów z literą "P". Zaistniały nowe kryteria odmienności i podziałów, a były nimi jakość i obfitość paczek - wędzone boczki, żółte sery, pieczeń topiona w smalcu, suchary tłuszczem sycone, czy bochenki wiejskiego chleba lub suszony biały ser. Czwartą grupę społeczną stanowili ci bez tytułów i bez paczek.
   Dobrane grupki wg jakości paczek wspólnie pożywały swoje dobra częstując się i mlaszcząc wręcz prowokacyjnie. Głodni zaś, którzy nie mieli dokąd uciec z uszami i powonieniem -cierpieli żołądkowe katusze.Dalszą konsekwencją tego materialnego i społecznego rozziewu była reakcja ekipy funkcyjnych - przecież też mięli podniebienia i jeśli z dobrej woli, czy towarzysko, nikt się z nimi nie dzielił, a nadto urągliwym wzrokiem oznajmiali swą "wyższość", to pozostała im w dyspozycji - represja i wymuszanie darowizn.
   Pierwszym "aktem" dyspozycyjnym było ustanowienie, że ci i ci śpią odtąd - dotąd. Gehenną stało się codzienne układanie do snu. Wybrańcy solidarnie zajmowali "swoje" miejsca układając się ostentacyjnie na wznak, mniej poradne biedoty daremnie usiłowały gdzieś przylgnąć. Ruszał wtedy do akcji Stubendinst ze stołkiem w ręku i tłukł nim tych trzech, czy czterech, dla których już ostatecznie zabrakło miejsca. Delikwent taki przypadał z błaganiem "bo mnie zabije" - do różnych miejsc, gdzie wydawało mu się luźniej. Lecz tam natychmiast zacieśniała się bariera wystawionych łokci - i stołek spadał na niego z bezwzględną twardością przedmiotu, trwało to nieodmiennie ok. 10 minut, aż - kolejny przypadł tam gdzie było najciaśniej, gdzie nieboraka wpuszczono. W ciągu tygodnia stołek się połamał i Stubendinst latał już tylko z nogą od stołka. Oryginalną z kolei inicjatywą blokowego było przyniesienie w palcach wszy, którą gdzieś "kupił" na obozie. Złapał znienacka za kark pierwszego z brzegu delikwenta, który mu się napatoczył, woła świadków i pyta co to jest, ano niewątpliwie wesz. "Więc wy macie wszy!" I zaczęło się - wszyscy raus na wybieg przed barak, choć dzień był słotny - rozbierać się i szukać wszy! 300 gołodupców z gaciami w garści udawało, że szuka wszy, a personel funkcyjny czujnie dozorował rzetelności poszukiwań. Zasobniejsi w paczki sznurkiem ciągnęli do blokowego, by oznajmić, że na pewno oni tej wszy nie mają na dowód czego przedkładają swą koszulę tudzież gacie -i tak "selekcja" trwałą przez kilka dni, aż każdy już wiedział o co chodzi.
   Kolejny etap rozwarstwienia społecznego objawił się w ostatnim tygodniu naszej kwarantanny, kiedy komendant obozu zawarł transakcję wykonania wykopów pod instalację wodociągową od Gross-Rosen do Striegau (Strzegomia) przy użyciu naszej siły roboczej. Pierwszego dnia, po wyprowadzeniu z obozu, rozciągnięto nas w tyralierę wzdłuż wytyczonej na przełaj przez pola linii długości 300 numerów razy ok. 2,0 m/szt. - ponad pół kilometra. Obstawę i nadzór pełnili sami SS-mani w liczbie kilkudziesięciu. Podjęliśmy pracę wyposażeni w oskardy (kilofy) i łopaty. Gleby niewiele, głębiej piarg, miejscami skała, głębokość do półtora metra, szerokość 1 metr. Szło nam to dość nieporadnie, sprawniejszych SS-mani nagradzali dla przykładu papierosami.
   Drugiego dnia zapowiedziano normę obowiązkową - 2m/nr i precyzyjnie odmierzono odcinki. Obiecano też dodatkową rację żywnościową dla wyróżniających się kopaczy - kto ukończy przydzielony odcinek, melduje się u posta, który zapisze jego nr i pójdzie na czoło wykopu. Korzystali z tej szansy ci mniej utytułowani i bardziej głodni, acz fizycznie sprawniejsi. Koło południa rzedły zastępy pozostające w wykopie, coraz donośniej słychać było natomiast: los, los, schneller arbeiten. Po ciężkim dniu i spożyciu obozowej lury, pokładamy się na podłodze, by odprężyć zbolałe członki. Przed barakiem zaś ekipa funkcyjnych montuje jakiś stół-blat na kobyłkach. Ktoś poinformowany donosi, że przyszło sporo poczty. Rośnie zainteresowanie paczkowych potentatów. W towarzystwie SS obozowa ekipa pocztowa wtacza wózek i wyładowuje zawartość na ów stół. Chwila staje się uroczysta, osobiście oficer Gestapo wywołuje adresata i przesuwa paczkę do asystującego SS-mana, ten podnosi w górę tasak i rąbie paczkę na pół. Jedną połówkę wręcza adresatowi, drugą odkłada do następnego podziału między tych, których numer odnotowali nadzorcy...
   Taki efekt kija w mrowisku sprytnie umyślili SS-mani. Jeżeli byli się już nawzajem rozpoznali sympatycy i adwersarze różnych fobii i stanów, tak teraz wystarczałoby im włożyć nóż do ręki, by się wzajemnie unicestwili, a wymieniane epitety były na miarę totalnej rewolucji wewnątrz-narodowej. W takich nastrojach biegły-następne dni katorżniczej pracy, gdy prócz dotychczasowych zachęt SS używali kańczugów do poganiania mniej sprawnych maruderów. r. Kolejnego dnia, gdy jako mniejszy wzrostem szedłem w ogonie tyraliery wzdłuż obsadzonych już stanowisk, zauważyłem starszego człowieka z wyczuwalną desperacją w oczach. Niezauważony przez posty wskoczyłem na jego działkę pokazując sąsiadom, by się rozsunęli - pomożemy sobie - i tak się jakoś udawało. W miarę przybliżania robót do Striegau, a oddalania od Gross-Rosen, warunki stawały się coraz bardziej uciążliwe. Czas pracy musiał trwać obowiązkowe 9 godzin. Wydłużał się natomiast czas dojścia i powrotu oraz wzmogło tempo poganiania przez posty.
   Ostatni odcinek wykopów, przed miastem, biegł od szosy na wzgórze, gdzie miał być usytuowany zbiornik wody. Była sobota wiosennego, kwietniowego dnia. Miejscowi chłopcy wyprowadzili swoje dziewczyny na słoneczną promenadę i z pogardą w poczuciu swej wyższości i samozadowolenia komentowali widok naszej domaszerowującej kolumny. Posty, wobec tej widowni, skwapliwiej wrzeszczeli swoje: los, los, schnellermarschiren - i rzucali dziewczynom uśmiechy z poczuciem godności poganiaczy bydła. Do ogólnego wyczerpania i presji psychicznej, dochodziło udręczenie upałem na tym słonecznym stoku. Ostrość wzroku co chwilę przesłaniała mgła. Gdy zarządzono przerwę śniadaniową (mieliśmy wreszcie przydzieloną zulagę - sznytkę chleba z plasterkiem kiełbasy), kazano nam zbiegać ścieżką z góry w dół po odbiór przydziału. SS-man ze skrzynką prowiantu usadowił się za krzakiem na zakręcie ścieżki i rzucał te skibki przed nadbiegającego więźnia. Nim go dostrzegłem, skibka przeleciała mi koło nosa. Próbę schylenia się po nią zakończył kopniak wymierzony przez asystującego dystrybutorowi posta tak, że po tur lałem się dalej w dół przy salwie śmiechu ubawionych Ss-manów.
   Gdy wróciliśmy do baraku, zjadłem zupę i chciałem już tylko spać. Ułożyłem się na podłodze w mniej ruchliwym miejscu. Wybudzili mnie nagle niedawni koledzy - byłeś wołany, masz do odbioru paczkę. Ja? Paczkę? Rzeczywiście, otrzymałem pierwszą paczkę. Nadawca? Staszek z Budzisza, z którym szmuglowaliśmy wieprzowinę do Krakowa zimą 1941/1942. Widocznie dostał wiadomość od ciotki Oli. Do niej napisałem pierwszy list z Gross-Rosen. Przysłał nieduży, okrąglutki bocheneczek chleba. Pokrzepiony świadomością serdecznej pamięci ułożyłem się ponownie podkładając bocheneczek pod głowę - pomyślał o mnie... Lecz "koledzy" nie dają spać. Zbyszek, który dostawał dobre paczki, namawia - zjedz cokolwiek, jesteś wyczerpany, dasz kawałek chleba, ja mam boczek - nie ustępował. Dołączył też Słoń. Wmuszali - jedz. Donieśli jeszcze lemoniadę z kantyny (mieli depozyt pieniężny). Już w nocy odczułem żołądkowe skutki. Wymiotuję, już nie mam czym, a żołądek rwie konwulsyjnymi skurczami. Zimny pot oblewa od czoła do stóp.
   Po rannym apelu zjawia się szarża SS, potrzebują jeszcze kilkunastu do robót strzałowych na wzgórzu pod Striegau. Niedziela - ochotników brak. Więc pójdzie co dziesiąty. Odliczają padło i na mnie. Pędzą tą garstkę laufschrittem- szkoda im dnia. Kilka godzin pracy, a ja wciąż musze na stronę - czyści, dosłownie rzygam, choć nie mam czym i sram - skąd w człowieku tyle wody... W drodze powrotnej muszę wybiegać przed szereg wołając "ich habe durchfall" i wskakiwać do rowu ze spuszczonymi portkami. Pogubiłem trepy, piarg kaleczy stopy. Posty patrzą na mnie z obrzydzeniem, chyba palce cierpną im na cynglach... Wreszcie jestem znów w baraku, nie jem, resztę chleba oddałem kolegom, piję tylko kawę (lurę zbożową) - odlej mi jeszcze trochę - za chleb.
   Poniedziałek, nadal nie mogę jeść. Oddano nas do dyspozycji obozowego kapo do robót porządkowych - przenoszenia elementów barakowych. Nie jestem zdolny do żadnego wysiłku. Współtowarzysze odtrącają mnie, gdy tylko usiłuję dołączyć do jakiejś grupy -przeszkadzam a raczej stwarzam zagrożenie. Ostatnie dni kwarantanny - przetrzymać. Dostrzegłszy większą szczelinę między lekko skośnie stojącymi płytami, wciskam się w nią. Równym oddechem staram się zasilić organizm. Aż z lewej - spotykam wzrok kapo - kryminalisty, winkiel zielony, gęba zwyrodnialca. Pierwszy odruch - nie dać się dosięgnąć, przesuwam się w prawo. On zabiega z prawej, ja znów w lewo. Przemyka mi w świadomości -jak długo może potrwać ta ciuciubabka, odrzuci kilka płyt, dorwie, zabije. Ten zaś, z podnieconym wyrazem twarzy mówi - bleib, bleib (zostań), wy jutro idziecie w transport do Sachsenhausen, to dla ciebie wielkie szczęście, jak tu jestem kapo, a tam miałbym być ostatnim häftlingiem - szedłbym na kolanach, odpoczywaj, byłeś się dostał do transportu. Odszedł... Chyba tak manipulował, że aż do gongu nie zdjęto ze mnie żadnej płyty. Wychyliłem się dopiero, gdy kapo zarządził zbiórkę. Nie patrzył na mnie podczas odliczania sztuk. Był w nim jednak jakiś spokój, był mniej brutalny. Gdy robiliśmy - Links um (lewo zwrot) - uniosłem lekko rękę - niby drapałem się w ucho - w podzięce.
   Cały wieczór trwałem w napięciu - nie wolno puścić pary z gęby - rozpaplą wywołają dochodzenie... O północy zerwano nas ze snu. Z dwóch sztub, rozdzielonych korytarzem, zgoniono wszystkich co do jednej. W korytarzu stanęła komisja SS i przeglądała, po jednym, każdego golasa. Pępek miałem przyklejony do kręgosłupa , w oczach mgła, muszę się zakwalifikować, wypinam pierś, sprężam krok i walę prosto przed siebie. "Halt, halt, komm zurück" - staję en fas SS-mana i wpijam mu się w oczy, on patrzy na mnie z dezaprobatą błądzi wzrokiem po moim ciele. "Und was ist das" - wskazuje na bliznę i krzywo zrośnięty obojczyk. "Das macht nichts, ich bin gesund" - i wymachuję ramionami poziomo i w górę. "No - geh weiter" - przeszedłem.
   Transport odbył się zwyczajowo. Znów wprowadzono nas do bydlęcych wagonów łagodnie z przydziałem prowiantu. Wyładunek o północy brutalny, z udziałem psów i użyciem kolb, nie żałując też kopniaków. Znów poczuliśmy się zbratani we wspólnym losie - łomotali równo. Przez chwilę zwątpiłem w rzetelność informacji kapo z Gross-Rosen. Lecz na oświetlonej bramie, którą przekraczaliśmy, odczytałem: K.L. Sachsenhausen.
..... Sachsanh&men.....
   Obóz cały uśpiony. Na obszernym podwórcu (plac apelowy) stoi tylko jeden człowiek w schludnym pasiaku z czerwonym winklem. Blokowy, bo to właśnie był on, porządkuje szyki dopędzonego zugangu (dostawy), odlicza sztuki, kwituje ich odbiór oficerowi SS i spokojnie odprowadza na przeznaczony nam Błock - barak nr... Oznajmia, że jest tu blokowym, otrzymamy przysługujący nam posiłek - obiadową zupę, po której pójdziemy spać. Dalsze dyspozycje otrzymamy rano po apelu, tutaj, przed blokiem. Ponieważ. Pełni tu swoją funkcję jednoosobowo, niech wystąpią na ochotnika ci, którzy podejmą się funkcji Stubendienstów. Wyskoczyło kilkunastu z naszych szeregów. Polecił dobrać się wystarczającej szóstce, przekazał kwity na tyle a tyle kotłów - kuchnia jest tam, nakarmcie ludzi i połóżcie ich spać - jadalnia i sypialnie są przygotowane - i ulotnił się dyskretnie znikając w uliczkach między śpiącymi barakami. Czterech z tych sześciu nowo powołanych sztubowych popędziło do kuchni, a dwóch dryblasów jęło uświadamiać resztę hołoty jaki szacunek należy się władzy - baczność! - jak stoisz niedojdo - "Franek, coś ty?" Niedojda dostał w pysk. Wywołany pomruk szybko uciszyli błyskawicznym mordobiciem nieświadomych istoty władzy. Wypędzili motłoch do jadalni - wszyscy za stoły i czekać na swoją porcję! Nadjechały kotły, chochla szybko miga między kotłem a kolejną miska przesuwaną od czoła do końca stołu. Oddałem swą porcje Zbyszkowi, który siedział przy mnie, jeszcze nie przejdzie mi przez gardło. Po zjedzeniu obydwu porcji Zbyszek wyjął z kieszeni kostkę cukru, na jej widok zassało mnie w żołądku - daj kostkę... "Nie, nie mogę, to dla mnie lekarstwo, sztubowy ostatniej nocy przetrącił mi rękę."
   Sztubowi zarządzili wymarsz do sypialni. Wgramoliłem się na najwyższą pryczę i natychmiast zasnąłem. Spałem chyba niedługo. Wytrzeźwiły mnie jakieś wrzaski dobiegające od strony jadalni, wreszcie głos blokowego - alles aufstehen (wstawać), wychodzić do jadalni! Wychylam się i oczom nie wierzę, naszym Stubendienstom spływa po twarzach i kapotach zupa mieszająca się z krwią płynącą z ich nosów. Blokowy z chochlą w ręku, która wymłócił nowo kreowanych sztubowych, gwałtownym szarpnięciem zrywa "kotarę" - koc od swojej Packkamery i wskazuje rzędy misek ustawionych na półkach - oni myślą, że jestem świnią i że to wszystko zeżrę - i znów chochla idzie w ruch - a tu zostało jeszcze pół kotła zupy! Wszyscy za stoły, rozdzielić co pozostało!...
   Rano, gdy po apelu blokowy oznajmił, że kto czuje się chory, może zgłosić się do lekarza, on sam grupę poprowadzi - zaufałem. Wystąpiło około dwudziestu. Lekarz SS miał tylko dwa zalecenia: jakieś tam jedno - dla tamtych kierowanych na lewo, mnie zaaplikował Heinkel. Nie wiedząc co znaczy, proszę uparcie o węgiel. Blokowy mnie szarpnął - hast du nicht verstanden? Du fahrst zum Heinkel! - i pchnął jak głupa w tą grupę z prawej. Zupełnie nie orientowałem się co wygrałem. Grupa z lewej została dołączona do przeznaczonych dla fabryki czołgów (obóz w budowie), którą niebawem zbombardowano. Ja z grupą Heinkel zajechałem pod Oranienburg do zakładów lotniczych. Olbrzymie przeszklone hale, rozrzucone wśród sosnowego lasu, połączone asfaltowymi drogami. Przed halami kwitnące azalie i rododendrony. Wysadzili nas z samochodów skrzyniowych pod halą nr III, gdzie oczekiwali cywilni dysponenci nowej siły roboczej.
   Hallenleiter (szef produkcji) w asyście majstrów lustrował jakość dowiezionego towaru. Pytał o ewentualne zawody, lub w ocenie z wyglądu twarzy mianował: dise zum transport, innego - ein Schweizer, ja tokarzem - Dreher, diese in di Brille ein Freser... Po przypisaniu zawodu do każdego numeru powiedli nas na wyznaczone kwatery - baraki, lub sypialnie w piwnicznych schronach pod budynkami socjalnymi danej hali.................................CDN


Józef Brueckman, Wrocław 2002


 
stat4u
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego