"Niech żyje... śmierć!" - SĘDRUGA - ZADRUGA RODZIMEJ WIEDZY

Przejdź do treści

Menu główne:

"Niech żyje... śmierć!"

Artykuły


Okrzyk "niech żyje śmierć!" będący tytułem niniejszego wywodu pojawiał się wielokrotnie na ustach radykalnych, młodych nacjonalistów w latach międzywojnia. Właśnie z tymi słowami na ustach szli pod topory oświeceniowych siepaczy hiszpańscy falangiści czy członkowie Żelaznej Gwardii Corneliu Codreanu. Zastanawiająca jest jego treść. Zastanawiający jest także fakt, iż podobna retoryka nie pojawiła się w Polsce. Dziś wspominają o tych trzech słowach tworzących paradoks rodzimi skrajni konserwatyści i narodowi radykałowie, lecz jest to fascynacja raczej bibliofilska, nie mająca odniesienia do postawy życiowej dnia powszedniego.

Czy śmierć może żyć? Czy żyje? Pytanie to możnaby rozpatrywać na dziesiątki, mniej lub bardziej, filozoficznych sposobów, nie docierając jednak do sedna znaczenia tytułowego hasła. Siedząc w wygodnych fotelach, z wypiekami na twarzach oddając się lekturze wspomnień i monografii poświęconych wielkim, a często zapomnianym, postaciom sprzed lat. Postaciom heroicznym. Postaciom kroczącym drogą indoeuropejskiego wojownika, kszatrji. Śmierć sama w sobie nie jest konkretnym bytem; jest raczej ulotną chwilą najwyższego, bo finalnego uniesienia, w czasie dokonanym oznacza po prostu brak życia. Opinie dotyczące istnienia życia pozagrobowego (obecne we współczesnych religiach monoteistycznych, przede wszystkim abrahamicznych, zatem niearyjskich), lub jego braku (wszechobecne w zlaicyzowanym świecie dnia dzisiejszego) nie oddają istoty pradawnego kultu śmierci, który jednak tkwi, wciąż żywy, w formie archetypu w najgłębszych pokładach naszej nieświadomości. Czy chodzi tu o wzniesienie toastu na cześć śmierci jako faktu czysto fizycznego, czy też mistycznej drogi do niebios? Bynajmniej (graniczyłoby to z opisywanym przez Gorazda Drogomira Bogdanowica cmentaryzmem). Okrzyk uwielbienia śmierci na ustach wojownika oznacza coś zupełnie odmiennego od powszechnych wyobrażeń tratującej ludzkie istnienie kostuchy. W tym okrzyku pojawia się radość. Radość ta wynika z etycznego prymatu pewnej zapomnianej dziś i brzmiącej w uszach zahukanego wspakulturą człowieka ekonomicznego (homo oeconomicus) raczej patetycznie wartości. Tą wartością jest heroizm. "Bohaterstwo jest to przyjęcie śmierci nie obojętnie przez człowieka obojętnego na życie, ale radośnie przez człowieka przywiązanego do życia - rodzaj cudu. Człowiek przywiązany do życia zrzeka się, zabija w sobie to przywiązanie, aby móc radować się dobrami życia, ewentualnie móc się całkowicie oddać temu, co w życiu jest wartością" - pisał przed laty nasz rodzimy piewca i analityk postawy heroicznej, Henryk Elzenberg. Chyba nie sposób się z nim nie zgodzić. Chylimy zatem czoła przed tymi, którzy wybrali przed laty śmierć, choćby była to śmierć, której skutków dziś już nikt nie pamięta. Największym bowiem wyzwaniem w procesie kulturotwórczym jest przezwyciężenie lęku przed definitywnym opuszczeniem tego świata. Jakież to dziwaczne teorie i teoryjki na temat życia pozagrobowego powstały na przestrzeni dziejów ludzkiej samoświadomości! Jedną z nich jest, naturalnie, przekonanie o rozdzielającym miejsca w salonce ("niebie") w nagrodę, a metr w wagonie bydlęcym ("piekle") Bóg, podobno nierychliwy, za to sprawiedliwy - w tym kontekście całe nasze życie, nasze czyny podporządkowane musiałyby być fanaberiom nieznanej nam istoty, wprawdzie Absoultu, ale wypaczonego przez chybotliwe rozumowanie pewnej sekty znad Morza Martwego, istniejącej przed dwoma tysiącami lat. Inni mówią, że wraz z fizyczną śmiercią istota ludzka bezpowrotnie odchodzi - materialiści naukowi utrzymują, że nie udowodniono przecież istnienia świata innego, niż nasz. A czy udowodniono jego nieistnienie? - mógłby ktoś słusznie zapytać. Sens śmierci nie jest bowiem sensem jednostkowym, partykularnym; każda śmierć ma wpływ na losy określonej wspólnoty, poprzez życie i czyn dla tej wspólnoty śmierć nabiera wartości. "Śmierć w żaden sposób sama przez się nie jest nieszczęściem, tak samo, jak życie samo w sobie nie ma żadnej wartości" (znów Elzenberg). Nadaniem sensu tej śmierci jest praca dla wspólnoty, realnego związku rzeczywiście istniejących biologicznie i genetycznie ludzi - Narodu. Bowiem tylko Naród jest bytem realnym - klasy, warstwy, organizacje, ruchy polityczne posiadają zasadę dobrowolności i subiektywności wyrytą w swej istocie. Naród to wspólnota obiektywna; jedyna wspólnota, dla której sensu nabiera jakikolwiek wysiłek.

Jan Stachniuk, fundator kulturalizmu pisał, iż "ogniskiem wiedzy o prawdzie świata i życia jest nie mędrzec, lecz bohater" i stąd wywodził heroiczny rys pożądanej przez niego wspólnoty narodowej. Nasz wielki Stoigniew stworzył zatem system etyczny, w którym nietzscheańską wolę mocy przekuł w wolę tworzycielską, a indywidualistyczny, elitarny charakter bohaterstwa u zamyślonego Fryderyka zamienił na heroizm kolektywu etnicznego. Śmierć jest z punktu widzenia owej wspólnoty koniecznością, tylko w warunkach zaistnienia realnego zagrożenia jej bytu. Codziennym czynem dla jej wielkości jest praca. Nie chodzi tu zatem, by rzucić się z trotylem na piersiach pośród pastwiących się na naszym kraju pasożytów przeróżnej maści, ale by, w razie konieczności, być do takiego ostatecznego celu gotowym. W istocie idzie zatem o pewną hierarchię wartości, o etykę heroiczną jako najwyższy stopień (nad?)człowieczej kultury.

Mateusz Piskorski

 
stat4u
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego